Zakończyło się stawianie na pewne zwycięstwo Lecha Poznań nawet w sytuacji, gdy ma przeciwko sobie ekipę z Wysp Owczych. Jeśli nawet trudno z taką „potęgą” nie wygrać, to zawsze może przegrać sam z sobą. Takiemu Lechowi nie będzie łatwo rywalizować z nikim. Ligę Mistrzów już stracił, ale ma szanse trafić do Ligi Europy. Trzeba tylko dźwignąć odpowiedzialność. Bez niej nie załapie się nawet do Ligi Konferencji, zmarnuje sezon.
Do Poznania przyjedzie KÍ Klaksvík. W normalnych czasach zastanawialibyśmy się tylko nad rozmiarami zwycięstwa Lecha. Dziś wiemy, że kolejny blamaż, choć wydaje się nieprawdopodobny, nie jest dla niego nieosiągalny. Cała ekipa z Wysp Owczych (ok. 70 tysięcy mieszkańców) według portalu transfermark warta jest połowę kwoty, jaką Lech chce zarobić na transferze Kozubala. Zespół ten sprawiał już jednak niespodzianki tym, co go zlekceważyli. Stosuje taktykę niewyszukaną, ale skuteczną, Lech takiej nie znosi: wzmocniona defensywa, nominalnie czteroosobowa, ale często składająca się z całej drużyny. Sprawnie wyprowadzane kontrataki, dobrze opanowane stałe fragmenty, z wykorzystaniem wzrostu piłkarzy.
Jeśli Lech nie poradzi sobie w Poznaniu, w rewanżu, na sztucznej trawie, będzie nerwowo. Mentalnie może być to ponad jego siły. Dobrze i płynnie gra tylko wtedy, gdy wszystko się udaje. Gdyby poradził sobie z Farerami, w ostatniej rundzie eliminacji do Ligi Europy zmierzy się albo z FC Thun ze Szwajcarii, albo z Vikingur Reykjavik. Porażka w tym dwumeczu przesunie go do Ligi Konferencji. Gdyby dał się wyeliminować zespołowi z Klaksvik, o Ligę Konferencji trzeba będzie walczyć z kimś z pary Riga FC (Łotwa) – ETO FC Győr (Węgry). To nie będzie formalność. Lech musi takie pojęcie wymazać ze świadomości.
Najlepiej więc nie wdawać się w kalkulacje, w żadnym przypadku nie upatrywać w Lechu murowanego faworyta. O tym, jak się gra sponiewieranemu Lechowi w sytuacji, gdy trzeba zabiegać o odzyskanie twarzy, przekonaliśmy się w sobotę w Krakowie. Nie zawiódł, pokonał beniaminka, ale nie przyszło mu to łatwo, trzeba był zmagać się z demonami. Niektóre postępki piłkarzy, kłopoty z celnymi podaniami, wywoływały u trenera Frederiksena rzadko oglądaną u niego wściekłość, miał problemy z jej opanowaniem.
W poprzednim sezonie trener, po kompromitacji w Gibraltarze, stosunkowo szybko wyprowadzał zmaltretowaną drużynę na prostą. Teraz musi zrobić to samo. Łatwo nie będzie, oprócz problemów psychicznych są i fizyczne. Do kontuzjowanego Bengtssona dołączył Jagiełło, któremu w Krakowie uraz mięśnia nie pozwolił pograć dłużej niż 10 minut. Jego zmiennik Rodriguez był jednym z tych, którzy doprowadzali trenera do rozpaczy. Dobrze odbierał piłkę rywalom, ale prawie zawsze szybko ją tracił lub podejmował nietrafne decyzje.



