Koniec kariery Artjoma Rudniewa

Był jednym z najlepszych napastników w najnowszych dziejach Lecha. Godnie, choć ze zbędnym i kosztownym dla klubu opóźnieniem zastąpił Roberta Lewandowskiego. Trafił do HSV Hamburg, potem do Hanower 96, wreszcie do FC Koeln. I właśnie tam, w wieku zaledwie 29 lat, poprosił o rozwiązanie kontraktu. Postanowił zakończyć piłkarską karierę. Nie wróci więc już nigdy do Lecha, z którym czuł się związany, choć brał to pod uwagę.

Do Poznania trafił latem 2010 roku z ligi węgierskiej, gdy klub cieszył się ze zdobycia mistrzostwa Polski i sposobił się do gry w europejskich pucharach. Jego pozyskiwanie trwało tak długo, że pozbawiona klasowego napastnika drużyna zdążyła odpaść z kwalifikacji do Ligi Mistrzów. Pochodzący z Łotwy, lecz mający rosyjskie korzenie bombardier błysnął dopiero w Lidze Europy, strzelając w Turynie wszystkie gole w meczu z Juventusem zremisowanym 3:3. Lech budował wtedy jeszcze swą europejską markę, a Rudniew był jej twarzą.

Szybko stał się czołowym napastnikiem całej polskiej ligi. Został królem strzelców zdobywając 22 gole w sezonie 2011/2012. W sumie dla Lecha strzelił 33 bramki w 56 rozegranych spotkaniach. Grał też w reprezentacji Łotwy, tam jednak szło mu gorzej. Do Polski docierały informacje o jego problemach rodzinnych, nieporozumieniach z żoną, ale nie wiemy jeszcze, czy właśnie one stały się przyczyną dramatycznej decyzji piłkarza.

Rysunek autorstwa Jarka Czyża pochodzi z „Alfabetu Lecha Poznań”, wydaniego przez Square Press w 2013 roku

Udostępnij:

Podobne

Bez pomysłu, bez pewności siebie, bez goli

Nie tak miała wyglądać inauguracja rozgrywek ligowych przez mistrza Polski. Spłynęło na niego ostatnio mnóstwo pochwał, zaczął się jawić jako wschodząca potęga nie tylko krajowego

Przyjaźń? Byle nie na boisku

Na niczym Lech gorzej ostatnio nie wychodzi niż na tzw. meczach przyjaźni. W poprzednim sezonie przyszły mistrz Polski rozgrywał dwa takie dwumecze, a w każdym

Kłopot z kręgosłupem

Po wylosowaniu przez Lecha mistrza Danii wydawało się, że gorzej być nie może, że los znów okazał się okrutny. Najtrudniejszy w całej stawce przeciwnik trafił