Kolejny skandal. Lech znów się poddał po czerwonej kartce

Co z tego, że Lech ma dużo wyższy budżet niż Arka, dużo lepszych piłkarzy, w tym gwiazdę całej ligi, że walczy o wysokie cele. Rządził na boisku, prowadził, miał szanse na kolejne gole, ale po stracie piłkarza natychmiast się poddał, przestał walczyć. Wysoko opłacani, ale rozchwiani emocjonalnie piłkarze bezradnie patrzyli, jak beniaminek strzela im bramkę za bramką. W Lechu wszystko się wali. Najwyższy czas podjąć działania ratunkowe.

Bez Ishaka, cierpiącego po meczu w Madrycie na uraz mięśnia, trzeba było grać w Gdyni, co było pierwszą złą wiadomością. Drugą była osoba zmiennika, a wielkiego wyboru trener Lecha nie miał. Mógł postawić na Agnero lub pozwolić zadebiutować młodemu Jakóbczykowi. Wybrał gracza sprowadzonego za wielkie pieniądze, ale miliony nie grają. Iworyjczyk jak zwykle nic Lechowi nie dał. Młody napastnik zmienił go dopiero, gdy mecz był przegrany.

Arka zaczęła tak, jak to zwykle czyni na własnym boisku – od pressingu, szukania wrzutek w pole karne po długich podaniach z pominięciem drugiej linii. Lech natomiast zachowywał się po swojemu, spokojnie rozgrywał akcje w środku pola, atakował skrzydłami. Liczył na nie byle jakie umiejętności Palmy. Przez kwadrans nic to nikomu nie dawało. Jeśli gospodarze coś mogli zdziałać, to po niecelnych wybiciach piłki przez Mrozka, niebezpiecznych stratach na własnej połowie Agnero i Rodrigueza. Aż Lechowi udało się rozegrać piękną, wielopodaniową akcję, przenosząc piłkę z własnego pola karnego pod przeciwne. Atak rozegrał Palma, podał do Lismana, ten na wolne pole do Rodigueza, który strzelił głową do opuszczonej bramki.

Gospodarze mogli wyrównać niemal natychmiast, po błędzie Gurgula, nie pierwszym i nie ostatnim. Lecha uratował refleks Mrozka. A po chwili o włos od gola był Lech. I zdobyłby go, gdyby Lisman nie podawał pod bramkę tak, że piłki nie sięgnął żaden z jego kolegów. Gra gości nie była solidna. Mogło być nawet bardzo źle – z powodu powtarzających się błędów w niebezpiecznych strefach, szczególnie przy wyprowadzaniu piłki. Celowali w tym Gurgul i Skrzypczak, choć i do Gumnego nie zawsze można było mieć zaufanie.

Przed przerwą mogły paść kolejne gole dla gości. Niewiele do szczęścia zabrakło Kozubalowi i Rodriguezowi. Na początku drugiej połowy Lech miał świetną okazję bramkową, po błędzie Arki. Palma mógł strzelić łatwego gola, zdecydował się jednak obsłużyć Rodriguez, a ten katastrofalnie spudłował. Po kilku minutach zdarzyło się niestety to, co zawsze, w każdym bez wyjątku przypadku podcina Lechowi skrzydła: bezmyślny Ouma w dwie minuty złapał dwie kartki i powędrował do szatni. Dla Lecha było po meczu, przestał grać w piłkę.

Niedługo trwało, nim Arka to wykorzystała. Spokojnie rozgrywała sobie piłkę w środku boiska, sprzyjały jej nieporadność i brak zdecydowania defensywy Lecha i stało się – był remis. Ale to nie był koniec nieszczęść – bardzo szybko Arka wyszła na prowadzenie. Wystarczył prosty, nieodpowiedzialny błąd Kozuba w środku boiska, kolejny popis nieudolność Skrzypczaka, bezradność Milicia. I było po Lechu. Nie jest tajemnicą, że po stracie piłkarza natychmiast się poddaje. Nie inaczej było teraz. Arka strzeliła jeszcze trzecią bramkę, znów nikt jej w tym nie przeszkadzał. Trener wprowadził nowych piłkarzy, ale to było tylko markowanie, że chce się jeszcze coś w tym meczu zdziałać.

Przy wysokim prowadzeniu gospodarzy zagubiony Frederiksen dał szansę debiutu Kamilowi Jakóbczykowi, by była jakakolwiek korzyść z tego meczu. Oczywiście junior niczego nie uratował, ale nie po to wszedł na boisko.

Udostępnij:

Podobne

Tych punktów może zabraknąć

To miał być najłatwiejszy z ostatnich w sezonie meczów Lecha. Gdy lider spotyka się na własnym stadionie ze słabeuszem, wynik wydaje się przesądzony. Jednak kandydat

Sobotnie granie Lechitek

W sobotnie południe zespół seniorek Lech Poznań UAM rozegrała w Plewiskach mecz przeciwko SMS Łódź ( to byłe mistrzynie i wicemistrzynie Polski). Po golu Alicji