Gdy zabraknie rozsądku

Zadziwiająco małe są punktowe różnice w tabeli po zakończeniu tegorocznej części rozgrywek ekstraklasy. Wystarczy kilka zwycięstw, by wywindować się w górę o wiele pozycji. Lech, przy jednym meczu zaległym, jest dopiero siódmy, ale od lidera dzielą go tylko 4 punkty – tyle, co nic. Wszystko rozstrzygnie się wiosną, a trzeba rozegrać jeszcze raz tyle spotkań. Mistrzem Polski może być prawie każda drużyna, do pucharów może się załapać nawet będąca w strefie spadkowej Legia. Póki co, przy obecnym trenerze, bliżej jej do degradacji. Jeśli Lech zagra wiosna lepiej i stabilniej niż jesienią, ma duże szanse na tytuł.

W ostatnich miesiącach miał fatalne momenty, zmarnował mnóstwo punktów, gubił je przede wszystkim na własnym stadionie, przy rekordowo licznej publiczności. Ale i tak pozycja lidera była w jego zasięgu. Wystarczyło nie łapać idiotycznych czerwonych kartek. Dopuścił się tego Palma w sytuacji, gdy jego zespół prowadził 2:0 w Częstochowie. Wpadł w poślizg, nie przewidział zderzenia. Rozumu zabrakło w Gdyni Oumie, wtedy też Lech prowadził. W niedzielę niepoczytalnością wykazał się w Krakowie Rodruguez, także przy wyniku 1:0 dla Kolejorza. Wszystkie te mecze były do łatwego wygrania. Straty, wynikające z braku rozsądku, wynoszą 7 punktów. Lech mógłby więc mieć w tym momencie 3 punkty przewagi nad drugą drużyną.

W Krakowie i tak było ciekawiej niż w poprzednich takich sytuacjach. Owszem, Lech jak zwykle stracił bramkę niemal natychmiast po osłabieniu, potem drugą, ale stać go było i na dobrą postawę w obronie, i na skuteczny atak, wykorzystanie klasy Gholizadeha. W poprzednich takich przypadkach zespół się po prostu poddawał. Stać go było tylko na bezładne, bojaźliwe wybijanie piłki sprzed bramki, kopanie po autach. Jest więc postęp w zachowaniu, ale wciąż brakuje tego, czym niegdyś zadziwiał Łukasz Trałka. W trakcie długiej kariery żółtych kartek oglądał tuziny. Czerwonej – ani razu. Powód? Myślenie. Za ostatni wybryk Rodriguez powinien zakończyć granie w piłkę w tym roku, ale trudno sobie na to pozwolić przy takiej absencji zawodników drugiej linii.

Niezbędne jest też natychmiastowe wyplenienie niechlujstwa przy wyprowadzaniu piłki spod własnej bramki. Gurgul zaliczył efektowną asystę, posyłając piłkę Gholizadehowi, ale mógł ich mieć w tym meczu więcej – uparł się, by stwarzać szanse przeciwnikom. Jego podania raz po raz trafiały pod nogo zawodników Cracovii. Nie był w tym jedyny, podobne grzechy seryjnie popełniali nawet środkowi obrońcy, co jest szczególnie naganne. Tym razem błędów takich wystrzegał się Rodriguez, mimo iż z konieczności poruszał się bliżej własnej bramki niż zwykle. Wszystko jednak zepsuł, gdy przestał myśleć.

Nie tylko wycofaniem Hiszpana na pozycję nr 8 zaskoczył w tym meczu trener. Także wprowadzeniem na boisko, w krytycznym momencie, Agnero i Lismana. Nie odstawali tak bardzo od kolegów, mających pełne ręce roboty z powstrzymywaniem ataków „Pasów”. Nawet Iworyjczyk tym razem nie zanotował wielu strat. Nigdy jednak nie nadrobi braków technicznych. Nawet skierowanie go na przyspieszony kurs gry w piłkę nożną nie pomoże, zawsze będzie obniżał jakość drużyny. Jedyna nadzieja w tym, że od czasu do czasu potrafi wykorzystać dogranie kolegi. Przez wiele meczów miał z tym poważny problem, ostatnio zaczęło mu wychodzić, ale i tak Ishak nie ma wartościowego zmiennika. Wielu ekspertów zachodzi w głowę, dlaczego Lech bił rekord transferowy akurat w taki sposób.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny