Mało kto się spodziewał nawiązania wyrównanej walki z Szachtarem, prawie nikt nie liczył na awans. Zdarza się, że drużyna w rewanżu pokaże zupełnie inne oblicze. Tym razem zrobiły to obie, ale tylko jednej dopisało wielkie szczęście. Tej niewłaściwej. Chcąc dokonać czegoś historycznego, nie wolno pozwalać sobie na odpuszczenie choćby na chwilę. Lech się tego dopuścił, przekreślając wszystko. Wyręczył przeciwnika, którego tego dnia nie było stać na nic twórczego.
Zwalenie wszystkiego na pecha to uproszczenie. Owszem, zdarza się, ale nie mówilibyśmy dziś o nim bez lekceważącego zachowania w obronie Pereiry. Takie podejście, w meczu, gdy wszystko może zależeć od straty czujności choćby na chwilę, miało cenę niezwykle wysoką. Nie nastąpiłyby trzy przypadkowe odbicia piłki przez Mońkę, Mrozka i Moutinho, gdyby Portugalczyk nie udawał, że próbuje zatrzymać dośrodkowanie. Wystarczyłby prosty blok, by nie stracić najpierw gola, potem rezonu, w konsekwencji awansu.
W ten sposób los uśmiechnął się do słabo grającego rywala, nie mającego sposobu na mądrą taktykę Lecha. Nie uśmiechnął się natomiast na początku drugiej połowy do piłkarzy bombardujących ukraińskiego bramkarza. Wykazał się dużą klasą, ale nie jest cudotwórcą. Jak mówi stare sportowe porzekadło, nie ma bokserów odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni.
Lech nie jest debiutantem w pucharowych bojach. Sporo już przeszedł. Kilka razy niewiele mu zabrakło do sprawienia sensacji. Miał na widelcu Barcelonę Johanna Cruyffa, wystarczyło wówczas wykorzystać karnego. Prowadził we Florencji 3:0, ale po swoje nie poszedł. Takie doświadczenia powinny zaprocentować teraz. Mało pocieszający jest fakt, że Lech wzbogacił się o kolejną naukę. Czy ją wykorzysta? Trudno w to wierzyć, skoro w jednej pucharowej edycji trzykrotnie zdecydowanie przegrywa u siebie z mocnymi ekipami, by niespodziewanie punktować w rewanżu. To już prawidłowość. Tym razem było blisko sukcesu. Ale wciąż za daleko.
Nie udaje się wykorzystywać doświadczenia w pucharach, ale może nauka nie pójdzie w las w lidze. Kontrolowanie meczu, jak znów się potwierdziło, nie wymaga śrubowania posiadania piłki. Można oddać ją rywalowi, a i tak strzelać mu gole. Taktykę tę warto zastosować w walce o mistrzostwo Polski, oczywiście nie w każdym przypadku, ale wystarczająco często, by nie pozwolić zaskakiwać się kontratakami. Żaden z najbliższych dziewięciu przeciwników, a z tyloma trzeba się zmierzyć, nie ma większych możliwości niż Szachtar. Żaden też nie dorównuje Lechowi szerokością i jakością składu. Teraz już nie trzeba nim rotować w odpowiedzi na zmęczenie. Można natomiast zamieniać gorszych danego dnia na lepszych.
W Krakowie Gholizadeh, Walemark, Bengtsson weszli do gry pod koniec meczu, niestety w sytuacji, gdy po dramatycznej stracie bramki drużyna nie potrafiła się podnieść. Jest wielce prawdopodobne, że w niedzielę zagrają od początku, a Termalica nie postawi trudniejszych warunków niż mistrz Ukrainy.





