Kto był na stadionie, nie zapomni

Prawie 40 tysięcy osób opuszczało w środę stadion Kolejorza w kiepskich nastrojach. Nie był faworytem i sensacji nie sprawił. Jeśli ktoś miał nadzieję na choćby remisik, przeżył zawód. Ten wieczór nie został jednak zmarnowany. Warto było, z przynajmniej trzech powodów, przeżywać to, zobaczyć na własne oczy, dać się porwać emocjom, na koniec wyciągnąć wnioski.

Wiemy, na co ich stać

Druga część pierwszej połowy była w wykonaniu Lecha niesamowita. Grał fantastycznie. Gdyby był zespołem klasowym, stać by go było na cały taki mecz. Jednak rozgrywając spotkanie na zbliżonym poziomie, nie miałby żadnych problemów z nastrzelaniem wielu goli jakiejkolwiek drużynie z naszej tzw. ekstraklasy. Pokazał bowiem poziom nieosiągalny w lidze. Wiemy zatem, na co go stać. I mamy prawo oczekiwać jakości przynajmniej zbliżonej. Są na to widoki, ponieważ zespół nie został personalnie ani sportowo przygotowany do rywalizacji już na starcie rozgrywek, do wyższej formy będzie dochodził metodą startową. Jest i tak lepiej, niż w poprzednich sezonach, gdy ruchy transferowe zaczynały się u schyłku lata, po spadku cen i oczekiwań szukających klubów piłkarzy.

Obaj nowi gracze ofensywni, Palma i Rodriguez, zapowiadani byli jako zawodnicy dużej klasy. Padały nawet takie określenia, jak „kozak”. Dziś wydaje się, że trochę na wyrost, ale nie ma co się spieszyć z ocenami. Gdyby środowy mecz odbył się za kilka tygodni, być może owi gracze zaprezentowaliby się ciekawiej. Jeszcze nie stanowią o sile drużyny, co nie znaczy, że to się nie zmieni. Lechowi w tym meczu jak powietrza brakowało kogoś o umiejętnościach Walemarka, potrafiącego przyspieszyć, zaskakująco strzelić. Mowa oczywiście o Szwedzie zdrowym, a z tym może być różnie nawet po zakończeniu przez niego rekonwalescencji.

Niezapomniana atmosfera

Kibice Lecha dali z siebie wszystko. Najstarsi poznaniacy nie pamiętają, by kiedykolwiek wcześniej było tu równie głośno. Rekord frekwencji paść nie mógł, z powodu pozostawienia części widowni na czwartej trybunie pustej, by fani jednego i drugiego zespołu byli od siebie maksymalnie oddzieleni. Pogłoski o awanturach, wojnach okazały się mocno przesadzone. Obie strony nie były wobec siebie wrogo nastawione, co zresztą dobrze wróży przed rewanżem. Nie cichnący przez cały mecz doping, piękna i pomysłowa oprawa nawiązująca do nazwy przeciwnika, zapadną w pamięci, w czym pomoże uwiecznienie tych okoliczności na tysiącach zdjęć i filmów.

Szkoda tylko, że nie było pomeczowej radości, bo gdyby Lech dał radę Serbom, po ostatnim gwizdku stadion chyba by odleciał… do gwiazd. Nie wszyscy czują satysfakcję. Klub może spodziewać się kary od UEFA za użycie pirotechniki, nawet jeśli, jak na możliwości poznańskich ultrasów, była ona stosunkowo dyskretna i nie opóźniła meczu. UEFA może też się odnieść do politycznego transparentu, który wzbudził kontrowersje i wywołał komentarze.

Tak się gra w Europie

Mistrz Serbii nie jest europejską potęgą. Niczego wielkiego nie zwojował w Lidze Mistrzów. Choć często się do niej dostaje, to równie szybko odpada. Ostatnio wygrał tylko dwa mecze w fazie ligowej (choć udało mu się roznieść solidną ekipę z Bundesligi). Na tle Lecha gracze Zvezdy pokazali jednak indywidualną i zespołową klasę. Grają tam piłkarze o dużych umiejętnościach, niemiłosiernie ogrywający Lechitów, górujący techniką, szybkością, siłą fizyczną. Prawie dwumetrowy napastnik Ndiaye bez żadnego trudu przyjmował dalekie podania, dosłownie otrząsał się od przeciwników jak od much, nie wadził mu żaden pressing. Jeśli o piłkę ścierali się gracz Lecha i gracz Zvezdy, nie było wątpliwości, kto pobiegnie dalej z piłką.

Największą siłą Serbów było mistrzowskie, jakby od niechcenia wyprowadzanie kontrataków. Po przejęciu piłki w środku pola w kilka sekund była ona transportowana w okolice przedpola poznańskiej bramki. Długie podania trafiały niemal do nogi, a Ivanić, mózg drużyny, widział wszystko i po każdym jego podaniu trzeba było ogłaszać alarm. Wszystko to na luzie. Lech dawał z siebie wszystko, by osiągnąć przewagę, dochodzić do strzałów. Rywal grał spokojnie, szybkość w operowaniu piłką pojawiała się tylko co jakiś czas, gdy była szansa zaskoczyć gospodarzy.

Teoretycznie Lech wciąż może awansować do czwartej rundy. Musiałoby jednak wystąpić tak wiele nieprawdopodobnych okoliczności, że lepiej wrócić na Ziemię. Mówi się ostatnio, że polska liga rozwija się, grają tu coraz lepsi piłkarze, rośnie nasz krajowy ranking. Gdy jednak dochodzi do bezpośredniej konfrontacji mistrza Polski z zespołem otrzaskanym w Lidze Mistrzów, efekt jest dla nas bolesny. Dużo nam jeszcze brakuje, i to dosłownie wszystkiego. Nie tylko klasowych piłkarzy. Nie wszystko zależy od finansów. Owszem, kochający Rosjan Serbowie sięgają po ich kasę, po piłkarzy z ligi rosyjskiej, po pieniądze podatników ze swego kraju korzystając z przychylności prezydenta. Wiedzą przy tym, jak z dobrych piłkarzy zbudować klasowy zespół, jak wybrać tych przydatnych i wykorzystać ich potencjał. To trzeba umieć.

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli