Zwycięstwo nad Górnikiem rodziło się w bólach

Poznańska lokomotywa nabiera tempa. Dwa pierwsze mecze nowego sezonu były beznadziejne, ale potem przyszły cztery zwycięstwa, w tym dwa ligowe. Mecz przeciwko Górnikowi przypominał ten sprzed tygodnia, gdy o sukcesie zadecydowała druga połowa. Po pierwszej wydawało się, że pewniej czujący się w Poznaniu i składnej, szybciej grający goście wrócą na Śląsk ze zwycięstwem. Na wynik 2:1 Lech musiał się mocno napracować, a wszystkie gole padły po przerwie.

Pierwsze fragmenty tego spotkania to w wykonaniu Lecha festiwal niewymuszonych strat, niecelnych podań, bezmyślnego wybijania piłki. Rozgrywał ją głównie na własnej połowie, nie radząc sobie z pressingiem gości. Szczególnie źle funkcjonowała środkowa formacja, z wyjątkiem Jagiełły, który rozegrał jeden ze swych lepszych meczów w Lechu. Jako jedyny wychodził na pozycje, grał do przodu, a przede wszystkim szybko poruszał się po boisku. Bardzo dyskretnie za to grał Kozubal, podawał głównie bezpiecznie, do najbliższych partnerów.

Górnik sprawiał lepsze wrażenie, choć i on nie ustrzegał się błędów. Widać jednak było większą świeżość, szybkość u gości. Wygrywali pojedynki i w przeciwieństwie do Lecha akcje rozgrywali w dużym tempie. Stosowali wypracowane schematy. Nacierali głównie stroną boiska, na której nie radzili sobie Szymczak i Pereira. Młody Polak zagrał znacznie gorzej niż we wcześniejszych meczach, zmarnował wiele nieźle zapowiadających się akcji. Portugalczyk w pierwszej połowie nie wykonał ani jednego celnego podania pod bramkę zabrzan, za to w drugiej jego dziełem była kluczowa asysta. Kilka razy wydawało się, że kolejny atak Górnika przyniesie powodzenie, za każdym razem nie dochodził jednak do strzału, albo uderzał bardzo niecelnie i Mrozek ani razu nie musiał interweniować.

Druga połowa przyniosła zmianę postawy Lecha. Wystarczyło wprowadzić na boisko Palmę, a zwłaszcza Gholizadeha i w grze Kolejorza pokazała się wreszcie jakość. Dużo lepiej zaczął grać Pereira. Przede wszystkim jednak drużyna szybciej operowała piłką, zaczęły się szybkie ataki prowadzone raz jedną, raz drugą stroną boiska, nie było już bezpiecznych podań w środku boisku, piłka odważnie kierowana była do przodu, na szybkie skrzydła. To musiało wreszcie przynieść efekt. W tym meczu gracze Lecha wielokrotnie próbowali długich podań, wszystko jednak szło na marne. Aż Pereira dostrzegł biegnącego w stronę bramki Bengtssona. Ten oszukał młodego bramkarza kierując piłkę głową obok niego, dopadł jej, gdy była prawie już poza boiskiem i zdążył skierować do pustej bramki. Radość ponad 30-tysięcznej publiczność trudno opisać, bo w przerwie zwątpiła ona w zwycięstwo, gwizdami kwitowała kolejne straty piłki.

Górnik, co zrozumiałe, chciał szybko odrobić straty i zaatakował intensywnie, starał się zepchnąć Lecha do obrony. Ten na to nie pozwolił i zaczął się okres najciekawszej, najbardziej dynamicznej gry Kolejorza, zwłaszcza po wejściu na boisko Rodrigueza i przed pojawieniem się na nim Fiabemy. Padła też druga bramka, gdy atak przeprowadzili Gholizadeh i Palma. Honduranin oddał mocny strzał, bramkarz odbił piłkę, ale w miejsce, gdzie stał Ishak, który wpakował ją „pod ladę”. Mogły paść kolejne bramki. Bliski uczczenia golem swego debiutu był Rodriguez. Miał dobrą pozycję do oddania strzału z pola karnego, zdecydował się jednak na podanie i szansa przepadła.

Górnik wspierany przez swych kibiców, którzy pojawili się na stadionie dopiero po 70 minutach meczu, nie rezygnował z energicznych ataków i zaskoczył Mrozka w ostatniej minucie spotkania, po serii nieporozumień piłkarzy Lecha w środku boiska. To był pierwszy celny strzał gości w tym meczu. W doliczonym do meczu czasie też groźnie atakowali, ale i Kolejorz miał swoją szansę. Nic się już nie zmieniło i Lech dowiódł, że kiedy na boisko wejdą klasowi zawodnicy, zamienia się w dużo lepszą drużynę.

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli