Jak bowiem szczycić się pozycją lidera gdy jest się silniejszym wśród słabych? Jaki to powód do dumy przewodzić lidze, której przedstawiciele nie potrafili przebrnąć pucharowych kwalifikacji odpadając w rywalizacji z drużynami, które aspirują do miana europejskich średniaków? Czy można się chlubić przodownictwem w lidze kraju, którego mistrz nie łapie się nawet do Ligi Europy i odpada po słabiutkich meczach z drużyną z głębokich peryferii Europy?
Nie. Nie jest to powód do dumy zważywszy na styl gry obecnego lidera. Lider z aspiracjami, lider z dobrym składem, lider z dobrym zapleczem szkoleniowo-organizacyjnym nie może żebrać o punkt w meczu z drużyną z dołów tabeli. A tak właśnie wyglądał mecz w Szczecinie. Lech wyżebrał punkt od Pogoni. Dzięki temu punkcikowi jest dzisiaj liderem, ale to absolutnie nic nie znaczy. Drużyna, której formę zapowiada trener już od kilku tygodni gra żałosny futbol, a w zasadzie – antyfutbol.
Najwyższa pora, aby nowi zawodnicy zaczęli pokazywać, że przynieśli do klubu nową jakość. Jak na razie poza Barkrothem, Gytkjaerem i Situmem reszta nowych twarzy jest wielką niewiadomą. Niektórzy z nich będą musieli zagrać z konieczności, aby zastąpić kontuzjowanych kolegów i teraz się okaże, co naprawdę są warci. Piątkowy mecz z Koroną będzie kolejną okazją, żeby pokazać, że do Poznania przyjechali wartościowi piłkarze, a nie futbolowi globtrotterzy przemierzający Europę w poszukiwaniu kolejnych naiwnych gotowych płacić za miraże roztaczane przez menadżerów, czy znajomych trenerów.




