Co nie znaczy, że tak samo będzie za rok, choć prawdopodobnie właściciele Kolejorza nie mieliby nic przeciwko temu, bo sukces połowiczny jest tańszy niż ten prawdziwy. Taka polityka to krótkowzroczność, bo prędzej lub później w ślady Legii pójdą inne kluby. Zbroi się Lechia, bo dla jej nowych właścicieli priorytetem nie jest status quo, ale postęp. Dobrych piłkarzy potrafi znaleźć Zawisza. Także inni spróbują wyjść z marazmu. Jeżeli Lech nie powalczy o mistrzostwo, nikt mu nie podaruje nawet wicemistrzostwa.
Sportu, a zwłaszcza futbolu nie można porównać do zwyczajnego biznesu. W piłce nożnej rzadko wygrywa chytry, oszczędny, znający się na zliczaniu groszy, inwestujący ostrożnie. To żywioł dla tych, co potrafią budzić emocje i na nich zarabiać. Natomiast studzenie emocji, czyli pozbywanie się głównego atutu, to strzał we własną stopę. Nikt jeszcze niczego nie zyskał wprowadzając do futbolu szlachetną ideę olimpizmu. Tu nie liczy się sam udział w walce. Tu walczy się po to, by wygrać, bo gra się dla kibiców, a oni znakomicie wyczuwają, kiedy tę walkę tylko się markuje.
W Poznaniu panuje piłkarska atmosfera, jakiej nie ma nigdzie, jakiej nigdy nie będzie nawet w Warszawie choćby i po największych sukcesach miejscowego klubu o ograniczonej popularności. To zadziwiające, że właściciele Lecha nie wykorzystują tego potencjału, że go lekceważą w imię „ostrożnie prowadzonego biznesu”. Mają w ręku samograj. Mądrze i we właściwym momencie uruchomiony, przyniesie pieniądze prawdziwe, a nie takie, jakie uda się przyoszczędzić.
Kibice Lecha, liczni i stojący murem za swoim klubem, od kilku lat skazywani są na niedosyt. Muszą akceptować politykę nijak im nie odpowiadającą. Nie zawsze tak będzie, wiele osób czuje już zniechęcenie. Konieczna jest jasna deklaracja właściciela klubu. Jaki jest cel na najbliższy sezon? Nie na 10 lat, nie chodzi o mityczny długofalowy rozwój, ale o najbliższe miesiące. Co klub zrobi, by nie powtórzyć „sukcesu” z dwóch ostatnich sezonów? Nie wystarczy powiedzieć: idziemy na majstra, mamy prawdopodobnie najsilniejszy skład w Polsce. Takie deklaracje od lat puszczamy mimo uszu, bo za słowami nie idą czyny. Majster nie jest dla zaciskających pasa, pozbywających się piłkarzy tylko po to, by zeszli z budżetu.
Klub taki jak Lech musi zarabiać, a transfery zawodników to jeden z najskuteczniejszych na to sposobów. Nie można jednak ośmieszać deklarowanej polityki budowania silnej drużyny. Ilu zawodników z pola przetrwało w klubie od momentu, gdy zespół objął Mariusz Rumak? Zaledwie pięciu. Czy w ten sposób buduje się stabilny zespół? Jak można odnosić sukcesy, gdy brakuje zawodników na obsadzenie wszystkich pozycji? Lechowi brakowało piłkarzy do rywalizacji w lidze nawet po błyskawicznym pożegnaniu się z Pucharem Polski i Ligą Europy. Nie wiemy, czy w tym roku będzie lepiej. Przekonamy się już za kilka tygodni, gdy drużyna wznowi treningi. Wtedy już nie będzie miejsca na czcze przechwałki i buńczuczne zapowiedzi. Wystarczy spojrzeć, ilu i jakich piłkarzy trenuje przed najważniejszymi meczami sezonu.
Oszczędzając na piłkarzach można trochę kasy zyskać, ale jeszcze więcej zarobi się rywalizując w Europie. Pucharowe sukcesy zbudują atmosferę na stadionie, wymuszą zainteresowanie, stworzą medialność, której nie można kupić za żadną kasę. Ludzie przychodzą na mecze, by cieszyć się zwycięstwami, możliwością oglądania klasowych zawodników. Bilansujące się rubryki w klubowym budżecie mają w głębokim poważaniu.
Ostatni mecz sezonu został rozegrany dokładnie w dziesiątą rocznicę wielkiego triumfu w Pucharze Polski. Poznań wpadł wtedy w euforię. To były czasy, gdy ludzie garnęli się do klubu, piłkarzy, do osób zawiadujących Kolejorzem. Chcieli być jak najbliżej stadionu, przychodzili na treningi, nikt się przed nimi nie odgradzał płotami, wszyscy byli przecież wielką rodziną. Dlaczego tak szybko się to rozwiało? Dziś kibice czują się klientami przedsiębiorstwa o nazwie KKS Lech Poznań SA. Przedsiębiorstwa próbującego sprzedawać emocje, których co sezon ubywa.
Józef Djaczenko



