Trwająca runda jesienna to pełen zakrętów i zwrotów akcji, najbardziej niesamowity okres w ostatnich latach. Oczekiwania były duże, rzeczywistość okazała się wredna, zrodziło to złość i nerwowość, irytacja kibiców udzieliła się komentatorom, frustracja ogarniała piłkarzy, także trener miewał kłopoty z opanowaniem emocji. Przeciwko Lechowi sprzysięgło się chyba wszystko, kiepski stan zdrowia wielu piłkarzy zakłócił przygotowania do sezonu. To powinno złagodzić nasze oceny. I rzeczywiście wiele grzechów potrafimy darować. Z pewnością jednak nie wszystkie. Mecze z „przyjaciółmi” z Litwy to bolesna zadra w kibicowskim sercu i sprawcom tego upokorzenia, chyba największego w dziejach klubu, nie przebaczymy jeszcze długo.
Dziś kibice, którzy niedawno chcieli rozpędzić sztab szkoleniowy, zachwycają się piłkarską ucztą w Krakowie. Nie byłoby jej, gdyby rzeczywiście nastąpiła zmiana trenera. Nie wszystko od niego zależy, choć to on ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za wyniki i za grę swego zespołu, co bez wahania przyznał po meczu trener Wojciech Stawowy. Trener Mariusz Rumak wcale nie triumfował, nie zachwycał się, bo zdaje sobie sprawę, że mimo wysokiego wyniku, mimo łatwości w dochodzeniu do dobrych sytuacji, nie wszystko było idealne. Wszystkim nam powinno dać do myślenia to, co działo się w drugim kwadransie meczu, gdy Lech prawie nie powąchał piłki, gubił się w rozpaczliwej obronie, był tłem dla grających jak z nut gospodarzy.
Mecz na stadionie Cracovii zaczął się tak, jak w Białymstoku. Tam też Lech zamykał rywala w polu karnym, atakował szybko i z rozmachem. Też strzelał niecelnie, podejmował złe decyzje, nie potrafił wykonać ostatniego podania. Różnica była taka, że w Krakowie Hamalainenowi wyszła skuteczna akcja już na początku, a Cracovia w przeciwieństwie do Jagiellonii miała wielkiego pecha. Potrafiła stłamsić Lecha, nie potrafiła strzelić bramki. Nie wiem, czym Boljević naraził się niebiosom, ale chyba los ukarał go dotkliwiej niż na to zasłużył. Zdobył ładną bramkę, kilkakrotnie uderzył w słupek, a jego drużyna ciągle była bez bramki. Lechowi natomiast wpadało prawie wszystko.
Cieszmy się więc z wysokiego zwycięstwa, miejmy satysfakcję ze skutecznej realizacji mądrej taktyki, ale nie popadajmy w euforię. Teraz gramy z jedną z najsłabszych drużyn w lidze, jednak ta liga jest tak nieobliczalna i wyrównana, że tylko desperat postawiłby wszystkie pieniądze na zwycięstwo Lecha. Nie dziwmy się, jeżeli to gościom będzie wychodziło każde kopnięcie w stronę naszej bramki. Nie mamy jeszcze drużyny niezawodnej. Mamy taką, którą stać nas upokorzenie nas nawet wtedy, gdy piłkarzom bardzo zależy na zwycięstwie. Pamiętajmy, że do Legnicy jechaliśmy po niezwykłym i zwycięskim meczu przeciwko Górnikowi Zabrze.
Józef Djaczenko



