Pierwsze minuty meczu pokazały, że Lech przyjechał do Białegostoku po zwycięstwo. Atakował z rozmachem, skrzydłami, łatwo zdobywał teren. Jagiellonia grała tak, jakby jej nie było i można się było zastanawiać, czy się przestraszyła, czy tylko przyczaiła. Potem okazało się, że to drugie. Lechowi wychodziło po kilka podań w środku boiska, przedostawał się w pobliże bramki gospodarzy, ale tam natychmiast tracił koncept. Na nic zdawały się dobre zagrania Pawłowskiego i szybkie ataki Hamalainena.
Trener Piotr Stokowiec zdawał sobie sprawę, że środkowa linia Lecha jest silniejsza personalnie. Nie miał zamiaru bawić się w długie rozgrywanie. Każde przejęcie piłki było początkiem szybkiego ataku. Pomocnicy Jagielloni starali się kierować piłki za linię obronną Lecha. Jeden taki szybki zakończył się sukcesem. Lech prowadził grę, ale nadział się na bardzo dobrą kontrę. Gostomski był bez szans, gdy Quintana wyszedł na „czystą” pozycję.
Lech miał dużą przewagę w posiadaniu piłki. Nie wiedział jednak, jak to zdyskontować. Teodorczyk wyraźnie odstawał od reszty drużyny – był sam pod bramką przeciwnika, nie bawił się w rozgrywanie, czekał na podania, ale rzadko dochodził do piłki. Kiedy inicjował atak skrzydłem, nie rozglądał się na boki, lecz starał się strzelać. Z celnością było fatalnie.
Po przerwie zaczął się, jak zwykle, kwadrans poznański. Lech osiągnął bardzo dużą przewagę, gra toczyła się na połowie drużyny z Białegostoku. Bezradność Lecha stawała się jednak coraz bardziej żałosna. Atakował stylem rozpaczliwym. Teodorczyk, który w poprzednich meczach wydawał się wracać do dobrej dyspozycji, był cieniem gracza z meczu przeciwko Lechii Gdańsk.
Kilka razy wydawało się, że Lech musi strzelić gola. Po wejściu Szymona Drewniaka w pole karne i błyskawicznym strzale bramkarz Jagiellonii skierował piłkę na słupek. Barry Douglas, który w meczu z Legią z rzutu wolnego trafił w słupek, tym razem oddał strzał jeszcze lepszy, trafił jednak w poprzeczkę. Tymczasem miejscowi piłkarze tylko czyhali na kontrę, by pozbawić Lecha złudzeń. I podobnie jak przerwą – udało im się to. W środku pola Lech popełnił katastrofalne, żenujące błędy. Jeszcze tuż przed końcem w jednej akcji bramkarz Jagiellonii dwukrotnie popisał się kapitalnymi interwencjami. W ten sposób drużyna, która miał miażdżącą przewagę, atakująca bez przerwy, ale i bez pomyślunku, przegrała na własne życzenie.
Jagiellonia – Lech 2:0
Bramki: 1:0 Quintana (21), 2:0 Plizga (87)
Widzów 5.427
Sędzia: Paweł Raczkowski
Żółte kartki: Quintana – Myrawski, Ceesay, Linetty
Jagiellonia: Krzysztof Baran, Adam Waszkiewicz, Michał Pazdan, Ugechukwu Ukah, Georgi Popchadze, Adam Dźwigała (63. Jakub Tosik), Alexis Norambuena, Dawid Plizga, Dany Quintana (77. Tomasz Porębski), Nika Dzalamidze (69 Maciej Gajos), Mateusz Piątkowski
Lech: Maciej Gostomski, Kebba Seesay, Marcin Kamiński, Hubert Wołąkiewicz, Barry Douglas, Szymon Pawłowski (40 Karol Linetty), Maciej Murawski, Szymon Drewniak, Kasper Hamalainen, Gergo Lovrencsics, Łukasz Teodorczyk (71 Bartosz Ślusarski)



