Rafał „Uszol” Dąbrowski: Ta śmierć mną wstrząsnęła

Czy zmarły niedawno Roman Zieliński, znany kibic Śląska Wrocław, był osobą bliską ci w dawnych czasach?

– Absolutnie nie. Kontakt złapaliśmy dopiero niedawno, gdy nie miałem już nic wspólnego ze środowiskiem kibicowskim. O ile wiem, jego pozycja we wrocławskim środowisku też już była inna. To zresztą nie moja sprawa, ale informacja o jego odejściu wprawiła mnie w przygnębiający nastrój.

Ale ktoś taki był ci znany, gdy jeszcze kibicowałeś?

– W tamtych latach Romek Zieliński był jedynym powszechnie znanym przywódcą kibiców innego klubu, przynajmniej dla nas. Tylko on był rozpoznawalny, a my wówczas mieliśmy raptem po 14-15 lat. Co ciekawe, nikt nie używał słowa „Roman”. Wszyscy mówili „Romek”. Tak go nazywaliśmy w rozmowach, co nie miało niczego wspólnego z szyderczym zdrobnieniem.

To był autor pierwszej polskiej książki o środowisku kibicowskim.

– O ile wiem, nie pierwszej, ktoś był przed nim. On napisał następną. Tym niemniej nie znam jego twórczości, nie z tym mi się kojarzy, choć ktoś mi kiedyś pokazał jeden akapit z jego książki, gdzie opisywał wydarzenie z moim udziałem, gdy los nas zetknął we wrocławskim sądzie. Opisał prawdę, tak rzeczywiście było. Ale nie z tego go zapamiętam. Do dziś stoi mi w oczach jego charakterystyczna postać, w sweterku w barwach klubowych, wydzierganym przez babkę, mamę, dziewczynę, żonę, to tylko moje domniemania.

Zetknąłeś się z nim w dawnych czasach?

– Pierwszy raz spotkaliśmy się dopiero w 1993 roku w sądzie we Wrocławiu. Potem mieliśmy kontakt po słynnym kibicowskim turnieju, zorganizowanym przez Arkę Gdynia w styczniu 1995 roku.

A na stadionie, po dwóch stronach barykady?

–Nie było okazji do konfrontacji, choć bardzo mi na niej zależało. Nie ukrywam, że chciałem go pobić. Byliśmy młodymi, krewkimi ludźmi, w grę wchodził tylko jeden rodzaj „rozmowy”. Nigdy do tego nie doszło. Muszę też przyznać, że jako małolat wpatrywałem się w jego sposób prowadzenia dopingu. To była postać charyzmatyczna, tak go przynajmniej odbierałem swymi piętnastoletnimi oczyma.

Bliżej poznaliście się po wielu latach.

– Mieliśmy się spotkać, by porozmawiać o minionych czasach, ale ty o tym wiesz, byłeś w to przecież zaangażowany. Nie wyobrażałem sobie, byś w tym nie uczestniczył. Niestety, ciągle coś nam nie trybiło. W pierwszym terminie nic z tego nie wyszło z powodu mojej choroby. Drugi termin był niekorzystny dla Romka, bo miało to nastąpić tuż przed meczem Lecha ze Śląskiem. Nie jestem już zaangażowany w sprawy sportowe, więc o tym nie wiedziałem, a on nie chciał tym spotkaniem wpisywać się w kontekst wydarzeń. W ten sposób do spotkania nie doszło, no i nigdy już nie dojdzie, jak słusznie zauważyłeś. To mi dało do myślenia. Nie warto odkładać spraw na później, a przecież mamy przygotowanych sporo materiałów z dawnych lat. Nie bez znaczenia jest w tym rola Bartłomieja Szopki, który zgromadził mnóstwo materiałów na ten temat. To mój naprawdę dobry i szczery kumpel, zaufany człowiek, przy tym szajbnięty w sprawach Lechowo-kibicowskich. Po moim wywiadzie dla Piotra Lisiewicza w programie „Wywiad z chuliganem” Romek napisał o tym felieton, który odbił się pozytywnym echem we wrocławskim środowisku, gdzie młodzi ludzie dopytywali o różne sprawy z naszych czasów. Była okazja to wyjaśnić. Po moim nakreśleniu scenariusza spotkania przyznał, że warto odnieść się do przeszłości, aby zaspokoić ciekawość fanów Śląska. Wielokrotnie z nim rozmawiałem przez telefon. Pamiętam zwłaszcza jedną, bardzo długą rozmowę. Dopiero wówczas tak naprawdę się poznaliśmy. Byliśmy w kontakcie także przy innych okazjach.

Nie zdążyliście niczego zrobić. Jak odebrałeś śmierć Romka?

– Ta śmierć dosłownie wstrząsnęła mną, wywołała pustkę, a przecież nie byliśmy żadnymi kumplami! Szok! Dosłownie zaschło mi w gardle, szczególnie wtedy, gdy chciałem napisać komentarz pod postem o jego śmierci. Trudno było nie pomyśleć o przemijaniu, o nieuchronnej śmierci. Postrzegałem go jako typa honorowego i charakternego. Zaznaczam – na tyle, na ile go znałem. Jak mówiłem, nie znam jego późniejszych układów z nowymi pokoleniami kibiców, kompletnie mnie to nie interesuje. Zresztą to nie miejsce i czas, by o tym rozmawiać. Mam swoją opinię na temat tego człowieka. Jego śmierć przeżywam do tej chwili. Coś nas łączyło. Wypowiedziałem się o tym w mediach społecznościowych z czystej potrzeby serca.

Kibice Lecha potrafią porozumieć się z wrogimi środowiskami ponad podziałami. Podobno w przypadku „kolegów” z Wrocławia nie wchodzi to w grę.

– Znów knujesz jakąś gierkę? Wierz mi, ja naprawdę niczego o tym nie wiem, nie znam się, nie orientuję (śmiech). W moich czasach nie było mowy o jakimkolwiek porozumiewaniu się z kimkolwiek. To była czysta nienawiść i ślepa miłość do Lecha Poznań. I nic więcej. Jeśli chodzi akurat o fanów Śląska, to możemy posłużyć się jakże trafnym oksymoronem: my w tej nienawiści do tego Śląska, to aż ich lubiliśmy. Możemy porównać to do tego, jak niektórzy ludzie odnoszą się do urody bulterierów mówiąc, że one są tak brzydkie, że aż ładne. Tylko uwaga! To dotyczyło, przynajmniej w mojej opinii, tylko Śląska. Oni byli ważną częścią tamtej kibicowskiej rzeczywistości. Resztą gardziłem! Choć szczerze mówiąc, jeszcze dwa kluby w tamtych czasach wywarły na mnie pozytywne wrażenie, ale o nich nie wyraziłbym się tak, jak o Śląsku (śmiech). To była wtedy ścisła kibicowska czołówka. Pamiętam ich przyjazd do Poznania na Golęcin w 1988 lub 1989 roku. Romek kierował dopingiem stojąc w swym słynnym swetrze, noga wykroczna na wyższej ławce, druga na niższej. Cała reszta siedziała z rozpostartymi szalami nad głowami, a Roman kołysząc się krzyczał: „Bujamy WKS, bujamy!” Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jak duża jest między nami różnica wieku. Dziś wyrażam wielki żal. I mimo wszystko wybieram się na pogrzeb Romka, by go godnie pożegnać. Nie wyobrażam sobie, bym tego nie zrobił. Nie mam żadnych oporów ani obiekcji. Kiedyś się przecież dojrzewa. Choć mam to wszystko w poważaniu, chcę oddać mu cześć z uwagi na przeszłoś, która nas tak dzieliła, a jednocześnie łączyła.

Rozmawiał Józef Djaczenko

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Lech wygrał derby. Z wielkim trudem

Kto by się spodziewał tak trudnej przeprawy Kolejorza? Warta postawiła trudne warunki. Była bliska strzelenia bramek. O zwycięstwie wicemistrza Polski nad beniaminkiem zadecydował rzut karny