To się nazywa „strzał w dychę”

Co mają ze sobą wspólnego Afonso Sousa, Christian Gytkjaer, Michael Ishak? Wszyscy oni trafili do Lecha, choć mają papiery na grę w dużo lepszym klubie, w mocniejszej lidze. Poznański klub popełnił całe mnóstwo pomyłek transferowych, zmarnował miliony na graczy, których trudno mu było potem się pozbyć, ale dokonał też ruchów, których trzeba gratulować.

Gdyby władze klubu w każdym z tych przypadków postępowały standardowo, nie stać by ich było na piłkarzy tak dużej klasy. Trzeba było wykorzystać sprzyjające okoliczności, nieciekawą sytuację piłkarzy znajdujących się na rozdrożu, skomplikowaną sytuację organizacyjną ich klubów.

Duńczyk Gytkjaer grał w klubach ze swego kraju, rozwinął się w Norwegii, zdobył mistrzostwo i tytuł króla strzelców jako napastnik Rosenborga, stamtąd trafił do TSV Monachium z zamiarem podbicia Bundesligi. Nic z tego nie wyszło, gdy jego klub wpadł w kryzys, został zdegradowany. Piłkarz znalazł się w nieciekawym położeniu, co umiejętnie wykorzystali ludzie z Lecha, pozyskali napastnika, który szybko zawojował polską ligę, wypełnił tu dwuletni kontrakt, przedłużył go o rok i przeszedł do Monzy, z którą wywalczył awans do Serie A. Nie gra często, ale ma okazję pokazywać się w rywalizacji z czołowymi wloskimi zespołami.

Mikael Ishak też trafił do Lecha zza zachodniej granicy. Urodził się w szwedzkim Södertälje, grał w klubach z tego kraju, pokazując się jako napastnik z dużym potencjałem, sięgnął po niego niemiecki FC Koeln. Po spadku z Bundesligi grał w Szwajcarii, pojawił się też we Włoszech, w Danii, wrócił do Niemiec, by z FC Nuernberg awansować do Bundesligi. Najlepiej mu się nie wiodło, potrzebował zmiany. I znów wykorzystał to Lech namawiając gracza do przenosin do Polski, gdzie szybko został czołowym napastnikiem ligi, pokazał się w reprezentacji narodowej. Nie gra tam tak regularnie, jak Karlstrom, inny szwedzki zawodnik Lecha, który też okazał się transferowym strzałem w dziesiątkę. Owocem dobrego wykorzystania przez Lecha szansy jest ich rodak Dagerstal.

Afonso Sousa z młodzieżowych drużyn i rezerw FC Porto trafił do B-SAD, klubu z Lizbony powstałego po odłączeniu się sekcji piłkarskiej od Belenenses. Sytuacja tego klubu była nietypowa, Lech wykorzystał lokalne spory kompetencyjne i problemy organizacyjne, nietuzinkowy stosunek prezesa Rui Soaresa (prywatnie fana FC Porto) do własnego klubu. Za ponad milion euro Sousa latem trafił do Poznania, co byłoby trudne do zrealizowania, gdyby prezesa Soaresa nie przekonał fakt, że połowa tej kwoty trafiła do FC Porto.

Milion euro to niemało, jak na polskie warunki, ale trudno sobie wyobrazić mądrzej wydaną kasę. Początkowo Portugalczyk, nie obdarzony tężyzną fizyczną, grywał mało, choć strzelał gole i zaliczał asysty. Po ostatnich jego występach wydaje się jednak, że niebawem trener będzie od niego zaczynał ustalanie składu. Sousa szybko wypłynie na najszersze wody. Swoje możliwości pokazał właśnie w portugalskiej młodzieżówce strzelając gole w ostatnich meczach, grając obok piłkarzy z najlepszych klubów w Europie. Tej klasy zawodnik długo w Polsce nie pogra, szybko okaże się świetną inwestycją.

Nie tylko Portugalczycy nie mogą się nadziwić, że tej klasy gracz znalazł się w prowincjonalnej polskiej lidze. Ludzie z Lecha w tym przypadku wykazali się nie byle jakim profesjonalizmem. Na zawsze pozostanie więc zagadką, jak to się stało, że w tym samym czasie spartaczyli sprawę z Dawidem Kownackim, który też był do wzięcia na stałe i chciał wrócić do Kolejorz. Pozyskanie zawodnika, który błyszczał potem w Fortunie Duesseldorf, byłoby inwestycją nie gorszą niż pozyskanie za śmiesznie małą kwotę portugalskiego młodzieżowca. Nie mówiąc o tym, ile Dawid dałby Lechowi jesienią i teraz.

Szkoda, że Lech specjalizuje się w pozyskiwaniu zawodników z pola. Nie potrafi sprowadzić klasowego bramkarza.

Udostępnij:

Podobne

Bezcenne zwycięstwo Warty

To był klasyczny mecz o sześć punktów. Warta mierzyła się z rywalem w walce o utrzymanie się w lidze – Koroną Kielce. Musiała walczyć w