Szczyt żenady. Przeszli samych siebie

Legia nie musiała oddawać w Poznaniu strzałów, by spokojnie pokonać Lecha obnażając przy okazji jego dramatyczną słabość i brak chęci do rywalizacji. Kolejorz rozstrzelał się sam, w obecności 40 tysięcy zawiedzionych, wściekłych kibiców, którzy nie ograniczali się do gwizdania. Rzucali na boisko płonące race i głośno informowali Piotra Rutkowskiego i Tomasza Rząsę, jak bardzo im zależy na ich obecności w klubie. Wszystko to, za sprawą telewizyjnych transmisji, na oczach całej Polski.

Był to mecz między dwoma chorymi, pogrążonymi w kryzysie drużynami. Miał wykazać, kto ten sezon przegra z kretesem nie kwalifikując się nawet do europejskich pucharów. Padło na Lecha, mimo iż warszawska drużyna przystąpiła do meczu bardzo osłabiona, pozbawiona wielu ważnych zawodników. Ktokolwiek by zresztą w tym meczu grał z Lechem, nie musiałby robić niczego, by wygrać. Właściciel klubu zaoszczędził pieniądze nie angażując prawdziwego trenera, nie uzupełniając składu. Straci na tym dużo więcej, nie tylko finansowo. Wizerunek klubu legł w gruzach. Nikt już nie ma wątpliwości, że kultowy, kochany przez cały region Lech znajduje się w niewłaściwych rękach.

Pierwsze minuty należały do Lecha, który miał przewagę w posiadaniu, ale akcje prowadził tak, by przypadkiem nie stworzyć zagrożenia pod bramką Legii. Goście okopali się na własnej połowie i cierpliwie czekali na szansę, stosując od czasu do czasu skuteczny pressing. W ten sposób udało im się odebrać piłkę, przekazać ją na prawą stronę, gdzie Wszołek oddał strzał „pod ladę”. Mrozek nie potrafił sobie z tym poradzić i Legia cieszyła się z prowadzenia. Jak się okazało – przedwcześnie, bo sędzia Marciniak został przywołany do monitora i orzekł, że wcześniej nastąpiło wykroczenie.

Wydawało się, że to mecz, w którym Lechowi dopisze szczęście. Nic z tego. Kilka minut późnej sędzia ponownie obejrzał powtórkę akcji dyktując „jedenastkę” dla Legii po faulu Douglasa, najsłabszego wśród wyjątkowo słabych piłkarzy Lecha, zmienionego zresztą po przerwie. Wcześniej wielokrotnie zdążył on narazić własną drużynę na niebezpieczeństwo. Josue usiłował strzelić lekko, technicznie, ale Mrozek nie dał się oszukać i złapał piłkę. W ten sposób Lech już drugi raz uciekł spod topora, ale ponieważ tego dnia robił wszystko, by stracić punkty, nie mogąc doczekać się gola Legii, wyręczył ją. Blażić strzelił do własnej bramki.

Wtedy jeszcze była szansa, by grając przeciwko słabej Legii trochę aktywniej, szybciej, doprowadzić do wyrównania. Piłkarzy Lecha nie było na to stać. Marnowali akcję po akcji, tracili piłkę na własne życzenie, podawali tak, by goście nie miał problemów z przechwytami. I jeszcze przed przerwą postawili kropkę nad „i” – Mrozka pokonał mierzonym strzałem Bartosz Salamon, drugi środkowy obrońca Kolejorza. Schodzących na przerwę piłkarzy pożegnał koncert gwizdów, ale to jeszcze była reakcja łagodna. Wściekłość fanów narastał w miarę upływu czasu w drugiej połowie, gdy Legia broniła się grając na czas, a Lech kompromitował się kolejnymi niezbornymi atakami.

Kibice Lecha przygotowali ciekawe oprawy. Jeszcze przed meczem na trybunie nr 3 pokazali wielki napis „wstyd”. Potem było jeszcze ciekawej, z racami. A w ostatnim kwadransie race poleciały na boisko. Mecz został przerwany, trzeba je było uprzątnąć, a kiedy grę wznowiono, piłkarzom nagle zachciało się więcej biegać. Periera oddał strzał sprzed pola karnego i trafił idealnie, teraz już wystarczyło odrobić jedną bramkę. Ale Lech znów stanął, znów podawał do przeciwnika, raz za razem ośmieszał się Ba Loua. Mecz został przedłużony o 7 minut, lecz podopieczni Mariusza Rumaka dołożyli starań, by Legii nie stała się krzywda.

Udostępnij:

Podobne