Nie można Lechowi zarzucić, że nie udaje mu się godzić gry w Europie i w lidze. Na ogół występy po meczu w Lidze Konferencji były całkiem udane, choćby ostatnio, gdy tuż po bolesnym starciu z Szachtarem trzeba było jechać do Lubina. Byle tylko trener nie szalał z rotacjami, jak w meczu z Widzewem, gdy czołowi gracze weszli do gry dopiero w drugiej połowie, bezskutecznie próbując ratować choćby punkt. Choć piłkarska jakość Lechowej ławki rezerwowych bywa imponująca, to jeszcze go nie stać na wystawienie dwóch równorzędnych drużyn.
Wszystko wskazuje, że za chwilę Lechowi pozostanie tylko gra w lidze i wtedy głębokie rotacje staną się zbędne. Najpierw jednak trzeba rozegrać rewanż z Brazylijczykami z Szachtara. Trener ma dylemat, o którym zresztą nie mówi. Postawić wszystko na jedną kartę, wierzyć w odrobienie strat, skorzystać z najlepszych zawodników? A może zagrać tak, jak Belgradzie i w Genk licząc, że rywal zechce tylko postawić kropkę nad „i” jak najtańszym kosztem, pozwoli Lechowi pograć?
W niedzielę trzeba rozegrać mecz-pułapkę przeciwko ostatniej drużynie w lidze. Zlekceważenie przeciwnika będzie bolesne. Trener ekipy gości ma z pewnością nadzieję na obecność Agnero w składzie wyjściowym. Łatwiej byłoby o sensację. Z Iworyczyka korzyść jest tylko wtedy, gdy wchodzi na boisko na ostatnie minuty starając się wykorzystać zagrania kolegów. Tylko sporadycznie się to udaje. Gdyby Lech miał innego napastnika, choćby i juniora z własnej akademii, to prawdopodobnie w Lubinie wykorzystałby on przynajmniej jedną z szans, jakie się wytworzyły, gdy obrońcy Zagłębia niemal na stałe przenieśli się pod bramkę Mrozka.
Mecz z Szachtarem jest ważny. Lechowi nie grozi to, co w legendarnym spotkaniu przeciwko Benfice uczynił trener Dariusz Żuraw wystawiając zmienników. Czołowi gracze musieli przecież zachować siły na jakże ważny mecz przeciwko Podbeskidziu. Teraz skład jest bez porównania szerszy i mocniejszy, nawet przy kiepsko obsadzonym środku pola i przy braku wartościowego zmiennika dla Ishaka. W Krakowie zagrają najlepsi piłkarze Frederiksena. Nawet gdyby po trzech dniach znów przyszło im wybiec na boisko, to potem czeka ich przerwa reprezentacyjna. Jeśli w Krakowie cud się nie wydarzy, na grę na kilku frontach trzeba będzie czekać do przyszłego sezonu.




