Strata punktów na własne życzenie. Lechowi zabrakło ambicji i dojrzałości

Fatalnie dla Lecha mecz się zaczął, fatalnie się zakończył. Przegrywał na własne życzenie, bo nie podjął walki od początku. Wyrównał, wyszedł na dwubramkowe prowadzenie, ale go nie utrzymał. Zagrał frajersko, pozwolił się dogonić ambitnej Cracovii, beznadziejnie grał w obronie. Na własne życzenie zrezygnował z pewnego zwycięstwa. Nie wiadomo, kto robił większe błędy – defensorzy Lecha czy trener wprowadzający zmianami chaos na boisku.

Nie Ba Loua, nie Velde, a Skóraś na skrzydle, nie Kwekweskiri a Murawski w środku pola – tylko te decyzje Macieja Skorży mogły zaskakiwać. Wybór ma tak duży, że nic nie może bulwersować. Chory Salamon nie znalazł się w kadrze meczowej. Na bramce trener postawił na Bednarka, który kilka dni temu przedłużył kontrakt. Mający za sobą nadrabianie w szybkim tempie opóźnień w treningach Ishak znalazł się wyjściowym składzie.

Który to raz Lech źle wszedł w mecz. Grał nerwowo. Nawet nie próbował konstruować akcji z wieloma podaniami. Najczęściej przebywał na własnej połowie, podając do przodu na ślepo, zwykle niecelnie. Wyglądało to, jakby goście przystąpili do meczu zdenerwowani i niepewni swego, mnożyły się juniorskie błędy. To nie był Lech, jakiego chciałoby się oglądać. Mógł wyjść na prowadzenie, ale bez własnego udziału – niewiele brakowało, by elektrycznie zachowujący się obrońca i bramkarz sami strzelili sobie gola. Piłka odbiła się od słupka.

Cracovia rzadko próbowała sił w ataku, ale kiedy przyspieszała, nerwowy Lech zaczynał się gubić, wybijał piłkę byle dalej albo na rzut rożny. I stracił bramkę, po strzale sprzed pola karnego i rykoszecie. Próbował potem zaatakować, ale wciąż był niepewny swego, rozgrywał ślamazarnie, podawał niecelnie. Skrzydłowi nie brali udziału w grze, raz po raz tracił piłkę Amaral, Ishak dużo biegał, ale nic z tego nie wynikało.

W 24 minucie Amaral był faulowany tuż przed polem karnym. Na boisku nie było ani Douglasa, ani Kwekweskiriego. Rebocho kopnął z 17 metrów celnie, ale bramkarza nie zaskoczył. Po chwili z trudem obronił on groźny strzał Amarala. Lech zaczął wreszcie stwarzać zagrożenie, młody Niemczycki zwijał się w bramce broniąc kolejne strzały. Nie minęło pół godziny gry, a był bezradny. Ofiarnym wślizgiem z boku boiska Ishak przejął piłkę i podał do Amarala, ten mistrzowskim przyjęciem wyprowadził się na czystą pozycję i strzelił nie do obrony.

Lech nadal nacierał. W świetnej sytuacji znalazł się Skóraś. Miał obok dobrze ustawionych kolegów, prosiło się o rozegranie, on jednak zachował się w sposób dla siebie typowy: kopnął w stronę bramki, zaliczając kompromitujące pudło. W pierwszej połowie nic już się wielkiego nie działo, bo Lech wrócił do nerwowej gry i popełniania błędów. To nie było dobre 45 minut Lecha.

Nie wiemy, co trener Skroża powiedział podopiecznym w przerwie, ale przyniosło to skutek natychmiast. Już po minucie tzw. kwadransa poznańskiego Lech prowadził, i to po pięknej akcji, asyście Amarala i sytuacyjnym strzale Kamińskiego. Kolejorz nie poszedł za ciosem, w dodatku stracił gola, po stałym fragmencie gry. Na szczęście strzelec, van Amersfort był na pozycji spalonej i wynik się nie zmienił.

Brakowało pół godziny do końca spotkania, gdy do polskiej ligi powrócił Dawid Kownacki. Pokazał się na skrzydle, w miejsce Skórasia, ale niewiele dał drużynie, nie miał okazji się wykazać niczym ciekawym. Nie musiał, Lech bez niego strzelił trzeciego gola. Znów świetne podanie Ishaka wyprowadzające Amarala na dobrą pozycję i Portugalczyk dowiódł, że warto było z nim przedłużyć kontrakt. Zaliczył świetny mecz, zdobył drugą bramkę.

Lech był przekonany, że wszystko jest załatwione. Nie nacierał zbyt energicznie, nie przykładał się w ofensywie, jakby nie chciał Cracovii zrobić krzywdy. Gdy miał okazję strzelać gole, zwalniał. Zemściło się to na nim, gdy po niegroźnym wydawałoby się ataku gospodarze zdobyli kontaktowego gola. Nic nie było przesądzone, potrzebna była piłkarska dojrzałość. A tego Lechowi zabrakło. Tracił piłkę, zamiast ją przytrzymać daleko od własnej bramki, dawał się zamykać we własnym polu karnym, zachowywał się niczym sparaliżowany.

Gdy wydawało się, że Lech da radę dowieźć wynik do końca – stało się. W doliczonym czasie, przy biernej postawie w defensywie, stracił bramkę i punkty. Nie zachował się jak kandydat na mistrza Polski.

Cracovia – Lech Poznań 3:3 (1:1)
Bramki: Michał Rakoczy 18, Jakub Myszor 77, Filip Balaj 90 – João Amaral 29, 67, Jakub Kamiński 47
Żółte kartki: Kakabadze, Hanca, Rodin – Šatka.
Cracovia: Karol Niemczycki, Otokar Kakabadze (89 Filip Balaj), Cornel Rapa, Matej Rodin, Jakub Jugas, Luis Rocha (57 Florian Loshaj), Michał Rakoczy (74 Jakub Myszor), mathias Hebo Rasmussen, Sylwester Lusiusz (57 Michal Siplak), Sergiu Hanca Pelle van Amersfoort.
Lech:  Filip Bednarek, Joel Pereira (85 Alan Czerwiński), Lubomir Satka, Antonio Milić, Pedro rebocho, Michał Skoraś (61 Dawid Kownacki), Radosław Murawski, Jesper Karlstrom (75 Nika Kwekweskiri), Joao Amaral (85 Dani Ramirez), Jakub Kamiński (75 Filip Marchwiński).
Sędziował Damian Sylwestrzak (Wrocław).

Udostępnij:

Podobne

Zwycięstwem uczcili mistrzowski tytuł

To był niecodzienny mecz. Szczelnie wypełnione trybuny, atmosfera wielkiego święta, poczucie wypełnionej misji. Piłkarze Lecha mogli zagrać na luzie, cieszyć się futbolem, choć nie wszystko