Przybywa „przestępstw”? Pozamykajmy stadiony!

Kibicowskie derby Łodzi, gościnie rozegrane na obiektach bydgoskiego Zawiszy, posłużyły policji i politykom do manipulowania faktami i tworzenia atmosfery wielkiego zagrożenia. Komendant główny policji napisał list do wszystkich zainteresowanych, w którym opisuje odbywający się na stadionach dramat i proponuje zakazać zorganizowanym grupom kibiców wyjazdów na mecze ekstraklasy. Jego apel, jak było do przewidzenia, spotkał się ze zrozumieniem i poparciem nowego ministra sportu. Prezes Zbigniew Boniek odrzucił ten pomysł.

Komendant główny Marek Działoszyński poinformował opinię publiczną, że podczas meczów ekstraklasy rośnie liczba przestępstw. Do wyobraźni każdego myślącego człowieka trafi liczba – 130 przypadków. Każdy mógł w telewizji obejrzeć dantejskie sceny dziejące się przed stadionem Zawiszy. Po przemnożeniu ich przez 130 wyłania się obraz makabryczny. Nie ma co się dziwić, że wiele osób zgodzi się w tej sytuacji nie tylko na zakaz wyjazdów, ale i pozamykanie wszystkich miejsc tak potwornego zdziczenia obyczajów, czyli piłkarskich stadionów.

Komendant Działoszyński nie skłamał. Przestępstwa stadionowe rzeczywiście są tak liczne. Problem polega jednak na tym, że wśród owych 130 przestępstw tylko kilka dotyczy bójek i podobnych aktów chuligaństwa, o wiele zresztą mniej poważnych niż te z Bydgoszczy. W myśl ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych przestępstwem ściganym z urzędu jest próba wniesienia alkoholu na stadion, czy wniesienie i odpalenie racy lub petardy. Takie akty rzeczywiście się zdarzają, ale nikt normalny z ich powodu nie będzie bił na alarm. Bójek na stadionach prawie nie spotyka się w Polsce od lat, a z pewnością jest ich mniej niż w krajach zachodnioeuropejskich.

Jeśli zaś chodzi o wydarzenia w Bydgoszczy, to przydałoby się dokładnie zbadać ich przebieg. Spotykamy się bowiem z relacjami równie wiarygodnymi jak policyjne, wskazującymi na inne okoliczności. Na grupę kibiców ŁKS-u w kasach czekało 600 biletów. Mieli kupić je sobie i wejść na trybuny. Policja, jak twierdzą kibice, tej informacji do wiadomości nie przyjęła, postępowała po swojemu. Ulubiona metoda stróżów prawa w takich sytuacjach to wożenie grup kibiców po całym mieście, byle tylko upłynęło jak najwięcej czasu, a wchodzenie na stadion przestało mieć sens.

List komendanta policji nie ma żadnej mocy, nikt nie musi się do niego stosować. Prezes PZPN informując, że z propozycji nie skorzysta podkreślił, że problem bezpieczeństwa na stadionach widzi zupełnie inaczej niż autor listu. Co innego politycy. Oni z pewnością wykorzystają list do własnych celów. Nie można wykluczyć, że premier, kierujący się przedstawionymi przez komendanta policji danymi, dla dobra kraju nakaże spełnić jego postulat. I zrobi się bez porównania mniej bezpiecznie, bo zakazu podróżowania po kraju nikt nie wyda.

Ustawa o imprezach masowych miała być, ku dużej uldze wszystkich pracujących nad organizowaniem meczów, złagodzona. Politycy wycofują się jednak z wcześniejszych deklaracji, mają przecież wiejący grozą list komendanta Działoszyńskiego. Obecne przepisy są nieżyciowe i kosztowne. Policja musi utrzymywać oddziały prewencji, powoływać sztaby zajmujące się meczami, ścigać kryminalistów odpalających race, jakby nie miała poważniejszych zadań. Na podstawie innych ustaw policja drogowa zajmuje się zapewnianiem bezpieczeństwa na ulicach. Trudno sobie wyobrazić, by „drogówka” zaapelowała o wyłączenie z ruchu ronda, na którym część kierowców nie zachowuje ostrożności.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli