Piłkarze są, drużyny brak

W maju byli noszeni na rękach. Wszystko odmieniło się brutalnie, w czwartek zostali wygwizdani, byli obrażani, a także, co może boleć najbardziej, obśmiewani. W niedzielę piłkarze Lecha staną przed szansą rehabilitacji za wszystkie niepowodzenia. Wystarczy wygrać ze Śląskiem. Tym samym, który rok temu roznieśli 4:0. Wrocławski zespół gra na podobnym poziomie, co wtedy. Lech sam z sobą nie może dojść do ładu.

Kibice Lecha są wściekli na swoich piłkarzy, choć nie wszyscy. Część twierdzi, że reakcja fanów z Kotła była zbyt ostra. Eksperci nie mają wątpliwości: z drużyną, która jeszcze niedawno nie miała sobie w kraju równych, stało się coś bardzo złego. Nikt nie ma wątpliwości, że nie tylko piłkarze za to odpowiadają. Winę ponosi klub amatorsko zarządzający drużyną. Nie obronił jej przed rozpadem. Ważniejsze były niewielkie oszczędności. Trener nie jest w futbolu osobą przypadkowa, ale okazuje się bezradny. Od początku rozgrywek Lech jeszcze w lidze nie wygrał, a od patrzenia na jego grę bolą zęby i krwawi serce.

Oceniając sytuację racjonalnie, trzeba przyznać, że Lech jeszcze nie zmarnował sezonu. Stracił tylko Ligę Mistrzów, do której właściwie nie przystąpił, bo z kadrą, jaką zapewnił, a raczej jakiej nie zapewnił klub, nie miał czego w eliminacjach szukać. W kategoriach cudu trzeba traktować dobrnięcie do ostatniej rundy eliminacji do Ligi Konferencji bez obrońców w składzie. To nie miało prawa się wydarzyć. Nie udałoby się, gdyby nie mistrzowska ścieżka, czyli trafianie na zespoły odpadające z rozgrywek wyższej rangi. Dzięki temu realny jest awans do fazy grupowej.

Także liga nie została jeszcze przegrana. Lech dopiero zaczyna kroczyć drogą ubiegłorocznej Legii. Jest słaby kadrowo, wewnętrznie rozbity, piłkarze nie mają pomysłu na grę, są skonsternowani własną słabością, dalecy od zwykłej dyspozycji, a trener nie potrafi im pomóc, nie ma żadnego wpływu na ich postawę. Jeżeli już, to negatywny. Jednak gdyby udało się odwrócić złą tendencję, wygrać w niedzielę ze Śląskiem choćby dzięki wyższym indywidualnym umiejętnościom zawodników, z których tak trudno stworzyć zespół, to wszystko jeszcze byłoby możliwe. Mimo braku solidnego bramkarza, zdrowych obrońców, grania we wszystkich spotkaniach podstawowym, pozbawionym solidnych zmienników zespołem.

Poprzedni trener powtarzał, że aktualnie aż tak rozległa kadra niezbędna mu nie jest, ale trzeba ją mieć i stale rozwijać z myślą o kolejnym sezonie, gdy przyjdzie rywalizować na kilku frontach. Trzeba przecież przełamać fatum polskich klubów nie radzących sobie jednocześnie w pucharach i w ekstraklasie. Wyłom miał zrobić Lech. Nie zrobił, bo właściciel miał inne priorytety budżetowe. Nawiasem mówiąc, eksperci liczyli na bez porównania lepiej i mądrzej, profesjonalnie zarządzany Raków, ten jednak w poprzedniej kolejce, kilka dni po pucharowym awansie, uległ Górnikowi Zabrze. Ivi Lopez nie może grać „od dechy do dech”, a bez niego Raków to już nie Raków.

Łatwo sobie wyobrazić, że nawet ten marny, sponiewierany, krytykowany Lech zagra jesienią w pucharach. Jak postąpi zarząd klubu? Które rozgrywki każe odpuścić? A może zaciśnie zęby i pozyska klasowych zmienników? To będzie test. O tym, że nie ma co liczyć na punkty i finansowe nagrody, jeśli się nie zainwestuje w zespół, możemy się przekonać już w niedzielny wieczór. Ivan Djurdjević, który coraz lepiej sprawdza się jako trener, oglądał pucharowy występ Lecha. Jest człowiekiem myślącym. Widzi, na co jego były klub choruje. Nie dostrzega tego natomiast van den Brom, przynajmniej tak wynika z jego wypowiedzi. Lech ma lepszych, choć nielicznych piłkarzy. Zobaczymy, kto ma lepszą drużynę.

Udostępnij:

Podobne

Bezcenne zwycięstwo Warty

To był klasyczny mecz o sześć punktów. Warta mierzyła się z rywalem w walce o utrzymanie się w lidze – Koroną Kielce. Musiała walczyć w