Najpierw pokaz siły, potem desperacka obrona wyniku. Lech kontynuuje zwycięską serię

Kolejorz rozegrał w Kielcach najlepszą pierwszą połowę meczu w tym sezonie. Jego pełna polotu i luzu gra dała dwubramkowe prowadzenie, Korona nie istniała. Po przerwie szybko stracił gola i stracił całą jakość, pewność siebie szlag trafił. Ograniczał się do bronienia wyniku, w ofensywie nie istniał. Na szczęście na Koronę Kielce to wystarczyło, wynik 2:1 dowiózł do końca. Po trzech kolejnych zwycięstwach dogonił ligową czołówkę jest jednym z głównych faworytów do mistrzostwa.

Dokładnie takiego składu można się było po trenerze Lecha spodziewać. Tylko obecność Walemarka na ławce, a nie w pierwszym składzie zastanawiała, bo Szwed niewiele grał w czwartek, a ze stadionu w Kielcach ma miłe wspomnienia – zdobył tu ostatnio trzy gole, czyli wszystkie dla jego zwycięskiej drużyny. Wszedł w drugiej połowie, ale nawet nie dograł meczu do końca. Podobnie jak w poprzednich meczach, z graczy rezerwowych Kolejorza można było stworzyć kompletną jedenastkę, która nie byłaby bez szans w żadnym meczu ligowym.

Już pół minuty po rozpoczęciu gry Lech przedostał się pod bramkę Korony i stworzył zagrożenie. Kilkudziesięciu centymetrów zabrakło Rodriguezowi do uprzedzenia bramkarza. Podobnych akcji było więcej, goście płynnie zdobywali teren i rozgrywali piłkę pod polem karnym miejscowych. Dobrze na boisku czuł się Gholizadeh, główny motor napędowy swej drużyny. Szwankowała niestety dokładność w rozegraniu i w posyłaniu podań prostopadłych, przez co kolejne ataki paliły na panewce. Przewaga Lecha jednak nie malała, wciąż miał inicjatywę.

Długo nie udawało się tego zdyskontować, na powodzenie trzeba było czekać pół godziny, gdy pomysłowo został rozegrany kontratak. W kilka sekund piłka przemieściła się z połowy Lecha na drugą stronę boiska. Jagiełło uruchomił Bengtssona, a ten jednym dotknięciem wyprowadził na dobrą pozycję Gholizadeha, który delikatnym, precyzyjnym strzałem posłał piłkę obok bramkarza dając swej drużynie prowadzenie. To była mistrzowska, godna podziwu akcja, ozdoba tego spotkania. Po niej Lech nie spoczywał na laurach, lecz kontynuował bardzo dobrą grę, cieszył się nią.

Luz, widoczny w poczynaniach mistrza Polski, przekładał się na kolejne akcje ofensywne. Nawet kiedy były przerywane, następowało szybkie odebranie piłki i kontynuacja ataku. Przełożyło się to na jeszcze jednego gola w czasie doliczonym do pierwszej połowy. Rzut wolny, wrzucenie piłki w pole karne, ogromne zamieszanie. Defensywa Korony ratowała się wybijaniem piłki, ta jednak trafiała do Gholizadeha, który wiedział, co z nią zrobić, jak mylić rywali zwodami i rozegrać. Szczęścia strzałem piętą próbował Gumny, ostanie słowo należało do Milicia. Lech prowadził już 2:0.

Na drugą połowę Lech wyszedł bez Jagiełły, który nabawił się drobnego urazu. Zastąpił go Walemark. Korona za to wykazywała się większą determinacją i szybko jej to przyniosło powodzenie, gdy złapała kontakt – po rzucie rożnym gola zdobył Stępiński. Chwilę później zrobiłoby się 2:2, po rzucie wolnym i kolejnym strzale głową Stępińskiego. Piłka wpadła do bramki, ale napastnik był na pozycji spalonej. Lech wciąż prowadził, niestety dla niego gospodarze grali z entuzjazmem, przy wsparciu widowni, starając się korzystać z kolejnych stałych fragmentów.

Przez długie minuty Lech próbował odzyskać kontrolę nad wydarzeniami. Stać go było tylko na zwalnianie gry, kradzież czasu. W ataku przestał być groźny. Walemarkowi nie udawały się akcje, jego wejścia w pole karne nic nie dawały. Kolegom nie pomógł rezerwowy Palma. Trener próbował ratować sytuację, wpuszczając na boisko Oumę, oprócz niego pojawił się też Ismaheel. Kenijczyk wyróżnił się tylko żółtą kartką, a Nigeryjczyk mógł mieć asystę, niestety Ishak nie zdążył wykorzystać jego podania. To była jedyna ciekawa akcja gości w drugiej połowie. Była zupełnie inna niż pierwsza. Lech cierpiał, od patrzenia na to bolały zęby, ale z odrobiną szczęścia korzystny wynik dowiózł do końca.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny