Nie ma co zazdrościć właścicielowi Lecha i dyrektorowi sportowemu. Trzeba podjąć decyzję wielce ryzykowną. Albo klub straci potężną kasę, albo Luisa Palmę, czołowego swego piłkarza. Kilka dni przed godziną zero wydaje się, że pośredniego rozwiązania nie ma.
Honduranin już po pierwszych meczach oczarował nie tylko kibiców Lecha, ale wszystkich interesujących się rozgrywkami ekstraklasy. Jawił się jako człowiek z innej bajki, z umiejętnościami nie na tę ligę. Strzelał piękne gole, asystował, po prostu porywał. Lech go wypożyczył na rok z klubu z Glasgow, gwarantując sobie prawo wykupu piłkarza po tym czasie, ale Celtic wycenił go na 4 miliony funtów. Aktualnie dobrze poinformowany portal transfermarkt jego wartość szacuje na 3,5 miliona euro.
Pod koniec jesiennej części rozgrywek piłkarz spuścił z tonu, już tak nie porywał. W medialnej przestrzeni pojawiły się opinie, że Lech nie zdecyduje się przebić dwukrotnie swój rekord transferowy, by mieć go na stałe. Także wiosną jego forma była chwiejna, wiele meczów zaczynał na ławce rezerwowych, pierwszym wyborem trenera na lewe skrzydło był Leo Bengtsson, co miało sugerować, że klub sobie Palmę odpuszcza. Pod koniec rozgrywek znów jednak błysnął, w meczu przesądzającym o tytule asystował i strzelał, a jego kosmiczny gol w ostatnim spotkaniu zwrócił na jego umiejętności powszechną uwagę.
Właściciel Lecha nie krył, że klub jest zdeterminowany, by tego piłkarza mieć także w przyszłych sezonach. Wiadomo jednak było, że zrobi wszystko, by znacznie zbić cenę wykupu, na przykład do 2,5 miliona euro. Dobrze poinformowany Mateusz Borek puścił w świat wiadomość, że porozumienie stało się faktem i piłkarz jest prawie zaklepany. Szybko jednak przyszły inne informacje, na przykład o zainteresowaniu Sevilli, czyli znanej marki, choć klubu ostatnio podupadłego. Szkoci w tej sytuacji mieli postawić sprawę jasno – dajecie tyle, ile ustaliliśmy, albo obchodzicie się smakiem.
Jeśli decyzja ta jest ostateczna, zamykająca drogę do negocjacji, Lech stoi przed nie lada wyzwaniem. Za kilka dni (podobno już w poniedziałek) może stracić albo cennego gracza, albo znaczną część swego funduszu transferowego. Gdybyśmy mieli do czynienia z Widzewem, nie byłoby tematu. Właściciel łódzkiego klubu szasta kasą, nie liczy się z okolicznościami, bierze każdego, kogo mu wskażą – niczym niegdyś władający Polonią Warszawa Józef Wojciechowski. W Lechu postępują zupełnie inaczej. Tu się pieniędzmi w piecu nie pali.
Jeszcze kilka lat, nawet rok temu sprawa byłaby jasna – Lech sobie odpuszcza tego gracza, nie stać go na takie pieniądze, poza tym takie zakupy są sprzeczne z jego strategią. Teraz jednak sporo się zmieniło, klub jest zdeterminowany budować mocną drużynę. To prawda, że za 4 miliony euro można mieć nie jednego, ale kilku dobrych piłkarzy. Jednak Palma sprawdził się już, to nie jest zakup w ciemno uzasadniany potem jako inwestycja, jak w przypadku Agnero. Żaden transfer nie zagwarantuje sukcesu, piłkarz może się nie przyjąć w nowym środowisku, zawodzić. Już niejeden skrzydłowy, jawiący się jako gwiazda, szybko odbił się od Lecha.
Nie byłoby dwóch kolejnych mistrzostw, gdyby Lech nie pozyskał Gholizadeha, Walemarka, Palmy. Każdy z nich ma jakość wystarczającą do wygrywania meczów niemal w pojedynkę. Myśląc o kolejnych triumfach, marząc o awansie do Ligi Mistrzów, trzeba mieć w składzie właśnie takie indywidualności. Słyszymy, że klub upatrzył sobie nowych, wartościowych graczy. Poniósł też i straty. Na co najmniej pół roku wypadł z gry Gholizadeh. Lech bez wielkiego żalu pożegnał się z Ismaheelem. Teraz miałby odpuścić Palmę. Krótko przed ważnymi meczami trzeba byłoby budować ofensywę właściwie od początku. Także ten argument trzeba brać pod uwagę podejmując decyzję w sprawie Honduranina. W futbolu każda decyzja, a także jej brak, niesie ryzyko.


