Dwa oblicza Lecha. W czwartek chcemy widzieć to piękniejsze

Dwie najlepsze aktualnie polskie drużyny, jedyne, które zagrają jesienią w Europie, zmierzą się ze sobą w czwartkowy wieczór, odrabiając ligową zaległość. Lech na własnym stadionie przyjmie Jagiellonię Białystok, która zaskakuje i zadziwia. Latem w Białymstoku dało się zbudować właściwie nowy zespół, zmian kadrowych jest tam co nie miara. Adrian Siemieniec szybko stworzył ekipę grającą tak, jak dotychczas, czyli ładnie i skutecznie. To potwierdza trenerską klasę tego młodego człowieka.

A Lech? Chciałoby się zapytać – ale który Lech? W przeciwieństwie do Jagiellonii, nie można tu mówić o powtarzalności, potwierdzania jakości. Jeżeli cokolwiek jest tu powtarzalne, to duże wahania formy. Mistrz Polski potrafi w proch i pył roznieść klasowego przeciwnika. Może też nie podjąć z nim walki, a nikt nie przewidzi, w którą stronę danego dnia odwróci się wahadło formy. W czwartkowy wieczór Jagiellonia może być w Poznaniu bez szans, ale jeżeli trafi na słabszą dyspozycję gospodarzy, ich błędy, potrafi to wykorzystać.

Elementem powtarzalnym Lecha jest nie tylko nieprzewidywalność. Także seria kontuzji występująca na początku sezonu. Jeżeli tak działo się dwa lata i rok temu, to trzeba się było liczyć z powtórką. Najczęściej zdarzają się urazy mięśniowe, dotykające graczy ofensywnych. Trenerowi znacznie skurczyły się opcje ustawiania składu, a przy dużym natężeniu trudnych i ważnych meczów, jak w tym tygodniu, bez rotacji nie można się obejść.

Jeśli Lech punktuje, zwycięża, jak ostatnio w Łodzi, to głównie za sprawą dwóch swych aktualnie czołowych zawodników: Walemarka i Sayyadmanesha. Szczególnie na Szweda, który jest w wybitnej dyspozycji, a odporności na urazy dużej nie ma, trzeba bardzo uważać. Szkoda byłoby go stracić. Odporności Irańczyka jeszcze nie znamy, nie wiemy, na co go stać, ale nie pracował z drużyną na obozie przygotowawczym, co może okazać się atutem. Nie widać, by nie rozumiał się z kolegami, a urazów może uniknąć. W klubie od dawna analizują negatywne zjawiska, takie jak powtarzające się problemy mięśniowe.

Jak się okazuje, Lech może być skuteczny i zwycięski bez Ishaka, Bengtssona, Hakansa. Także mimo słabości wciąż niestety ujawnianych przez Agnero, mimo nierównej, chaotycznej gry Rodrigueza. Jakość innych graczy na razie to wszystko rekompensuje, choć w Łodzi ujawnił się niestety poważny problem. Przez słabą postawę i błędy obrońców i bramkarza drużyna potrafi roztrwonić to, co zyskała dzięki klasie graczy ofensywnych. Nie wygrałaby, gdyby nie kolosalny błąd bramkarza Widzewa, który zresztą wcześniej ratował swój zespół przed niemal pewną stratą goli.

Często się ostatnio komentuje niebezpieczną dla drużyny grę Pereiry. Trener go broni, wskazuje na pozytywy wnoszone do ofensywy, zapominając, że Portugalczyk jest obrońcą, a w tej formacji błędy bywają brzemienne w skutki. Temu zawodnikowi od dawna trudno wraca się do obrony, a nawet kiedy zdąży, źle się ustawia i źle ocenia sytuację. Na drugiej stronie gra rozwijający się, coraz lepszy, choć też mający skłonności do pomyłek Gurgul. Środek obrony sprawiał solidniejsze wrażenie, ale tylko do meczu w Łodzi. Obie bramki obciążają nie tylko Pereirę i niepewnego Lisa. Także Mońkę, który nie wykazał się zdecydowaniem i dobrą orientacją przy stracie drugiego gola, a przy pierwszym obaj z Yegbe zachowali się jak trampkarze, więc Świderski nie miał z nimi problemów.

Wnioski są oczywiste. Lech może w czwartek zagrać tak, jak w poprzednich dobrych meczach, nie dając szans Jagiellonii, ale trzeba się liczyć, że z tej drużyny znów wypełzną demony, które nie pozwoliły wywalczyć Ligi Mistrzów i dużo wcześniej niż w ostatniej minucie spowodować grobową ciszę w sercu Łodzi.

Udostępnij:

Podobne