Pozbawieni złudzeń. Liga Mistrzów nie dla Lecha

Pół godziny dobrej, momentami świetnej gry to za mało, by przeciwstawić się dużo lepszym piłkarzom Crvenej Zvezdy. Porażka 1:3 praktycznie zamyka Lechowi drogę do wymarzonej Ligi Mistrzów. Na Ligę Europy też nie ma argumentów. Wyląduje więc najprawdopodobniej w Lidze Konferencji, skrojonej na potrzeby i dla zaspokojenia ambicji klubów o takiej jakości. Drużyny, której braki były widoczne na tle klasowego rywala, na więcej nie stać. Cuda się nie zdarzają.

Wszyscy w Poznaniu zdawali sobie sprawę, jak mocną ekipą dysponuje mistrz Serbii. Crvena była w Poznaniu faworytem, ale w piłce zdarzają się różne nietypowe przypadki, można się było więc łudzić, że odpowiednio zmotywowana i dobrze ustawiona taktycznie drużyna Lecha nawiąże wyrównaną walkę przynajmniej na własnym terenie, postara się sprawić niespodziankę. Wierzyli to także kibice, którzy wypełnili stadion, ale niekompletnie, bo między grupką kibiców z Serbii a resztą widowni trzeba było pozostawić sektor buforowy poważnie ograniczając widownię. Przez to 40-tysięczna frekwencja nie mogła stać się faktem. Doping był jednak taki, jakby Kocioł i inne trybuny wypełniło dwukrotnie więcej osób.

Już pierwsze minuty pokazały, która drużyna lepiej czuje się na boisku, jest skuteczniejsza w pressingu, łatwiej sobie radzi z piłką, szybciej zdobywa teren. Indywidualną jakością piłkarze z Serbii dominowali nad wszystkimi graczami Kolejorza. Łatwo wygrywali pojedynki, nie pozbywali się piłki nawet pod naporem kilku graczy. Wystarczyło im kilka podań „w ciemno”, by stworzyć zagrożenie pod bramką Mrozka, są bowiem zgrani, tam nie mowy o wpasowaniu jednego czy drugiego gracza do drużyny już po rozpoczęciu rozgrywek. Po ośmiu minutach goście prowadzili, gdy ograli obronę gospodarzy w polu karnym. Przy strzale pod poprzeczkę rosły Mrozek powinien zatrzymać piłkę, była ona w jego zasięgu.

Musiało trochę potrwać, zanim Lech ochłonie pod tak szybkim ciosie. Serbowie sprawiali wrażenie pewnych siebie, byli przekonani, że trzymają mecz garści, gospodarze się nie podniosą. Byli zdziwieni, gdy z minuty na minutę rosła przewaga Lecha, który grał po prostu świetnie. Prowadził akcje na pełnej szybkości, zepchnął rywali do obrony. W kilku sytuacjach zabrakło trochę szczęścia, trochę spokoju i rutyny w grze na tak wysokim poziomie, aż udało się rozegrać akcję marzenie. Doskonale podawał z lewej strony pola karnego Moutinho, który dostrzegł Ishaka. Kapitan nie zastanawiał się, uderzył mocno i celnie z powietrza i wyjątkowo głośna publiczność zareagowała ogromną radością. Tumult był niesamowity, a napędzający się dopingiem i własną gra Lech nie zwalniał i mógł nawet wyjść na prowadzenie.

To było jedyne pół godziny Lecha w ostatnich latach, kiedy nie popełniał błędów, rozgrywana na dużej szybkości, z rozmachem piłka trafiała tam, gdzie trzeba. W tym zespole funkcjonowało wszystko. Przed przerwą nic już się niestety nie zmieniło, ale po niej tylko na początku Lech starał się kontynuować grę na wysokim poziomie. Potem widzieliśmy już starego. „dobrego” Kolejorza, mylącego się, już nie tak pewnego siebie. Miał też wielkiego pecha, bo po rzucie rożnym wykonanym przez Crveną piłka turlała się wzdłuż linii bramkowej, nerwowo wybijana przez Lechitów. Wydawało się, że się wybronili, jednak VAR sprawdzał, czy nie padł gol. Po długich pomiarach ogłosił werdykt dla Kolejorza fatalny. Serbowie znów wyszli na prowadzenie, a z gospodarzy uszło powietrze i zaczął się najgorszy jego czas w tym spotkaniu. Właśnie dlatego Lechowi wciąż daleko do dużej klasy. Wróciły niecelne podania, spadła szybkość rozgrywania akcji. Serbowie natomiast wciąż imponowali dużymi umiejętnościami, łatwym odbieraniem piłki i błyskawicznymi, imponującymi kontratakami. To była największa ich broń, pokonają nią niejednego mocnego rywala.

Koszmary wróciły na Bułgarską, gdy Pereira źle ocenił sytuację, podał piłkę rywalowi, a tak klasowa drużyna prezentów nie marnuje. Prowadziła już 3:1 i nie nastawiała się na prowadzenie gry, lecz na przechwyty i szybkie ataki. Pojedynek był coraz bardziej nierówny, zwłaszcza gdy trener wprowadzał zmiany dezorganizujące grę w strefie środkowej. Lech nie odzyskał już rytmu. Dobrze grający Jagiełło zszedł z boiska z urazem barku i zapowiada się, że drużyna dłuższy czas będzie musiała sobie radzić bez jednego ze swych ostatnio najlepszych piłkarzy. Kadra klubowa nie jest mocna, a została jeszcze uszczuplona. Wchodzący z ławki gracze nie poprawiali gry Lecha, wprost przeciwnie, choć Ouma tym razem nie zrobił niczego niewłaściwego. Periera był tak załamany popełnionym błędem, że stracił zapał i trener zmienił go na Gumnego.

Lechowi grającemu tak, jak w środę nie sprostałaby żadna polska drużyna. Rywalizował jednak z zespołem ze znacznie wyższej póki, z piłkarzami klasowymi, jacy długo jeszcze nie będą biegać po naszych ligowych boiskach. Można powiedzieć, że przynajmniej spróbował, wykazał się zaangażowaniem i ambicją, ale przy tak dużej różnicy poziomów wiele zdziałać nie mógł. Teraz czeka go formalność w postaci rewanżu w Belgradzie, a potem trudna, raczej beznadziejna rywalizacja z KRC Gent o Ligę Europy. Belgowie oceniani są jeszcze wyżej niż mistrz Serbii. W przyszłości Lech może znów powalczyć o Ligę Mistrzów, ale zakończy się to fiaskiem, jeśli nowi piłkarze dołączą do drużyny tak późno i będzie ich tak niewielu. Piłkarze zrobili, co mogli. Niestety, klub sportowy to nie tylko piłkarze.

Udostępnij:

Podobne

Triumf z (lekkim) niedosytem

Kto śledzi najnowsze dzieje Lecha wie, że w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili można się spodziewać kłopotów. Przed meczem w Szczecinie trzeba się było obawiać,

Syndrom Lecha Poznań

Wypełniony stadion, oczekiwanie kolejnego triumfu lidera, atmosfera piłkarskiego święta, korzystne wyniki meczów rywali, szansa na wypracowanie przewagi nad nimi – co mogło pójść nie pomyśli