Po podpisaniu umowy w sprawie zarządzania stadionem troska o plac gry to zadanie Lecha, a nie służb miejskich. Klubowi nie zależy na częstym organizowaniu przetargów. Starał się, by murawa przetrzymała jak najdłużej, a nie było to łatwe, bo trawa nie zakorzeniła się do tej chwili. I już się nie zakorzeni, do ostatnich swych chwil pozostanie dywanem takim samym, jak na początku, tylko podziurawionym Z daleka nie wygląda najgorzej. Z bliska nie przypomina już boiska. Trawa ledwo się na nim trzyma.
Dotychczasowa trawa przyjechała z Węgier, bo taka była decyzja UEFA. Nie wiadomo jeszcze, gdzie kupiona zostanie nowa. I kiedy to nastąpi. Na Stadionie Narodowym przed meczem reprezentacji trawa układana była w środku zimy, przy silnym mrozie, przykryto ją potem czymś przypominającym namiot. W Poznaniu trzeba poczekać do wiosny próbując reanimować resztki trawy, uzupełniając ubytki fragmentami murawy z innego boiska, stosując chemię, sypiąc piasek.
Z podobnymi problemami klub będzie się zmagał, jeżeli nie zaopatrzy się w specjalistyczny, kosztujący miliony sprzęt do pielęgnacji trawy. W Lechu muszą się jednak troszczyć o znacznie poważniejsze potrzeby. Koszt nowej, przywiezionej w rolkach trawy (już nie z Węgier, bo pochodzący stamtąd gatunek nie miał szans się zakorzenić) to co najmniej 350 tysięcy zł. Tego wydatku klub z pewnością nie uniknie, prawdopodobnie wiosną.
W czwartek na Bułgarską przyjechała specjalna włóknina, którą przykryte zostało boisko. Jeżeli nawet w niczym to nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi.



