Kapitalny mecz w niedzielę, w środę katastrofalny. Ludzie ci sami, zespół kompletnie inny. Górnik Zabrze przyjechał do Poznania po awans w Pucharze Polski, co demonstrował od pierwszej minuty. Nie jest w najwyższej formie, stosował najprostsze środki, ale na nieporadnego, popełniającego błąd za błędem Lecha to w zupełności wystarczyło. Nie pomógł mu nawet rzut karny i gra w liczebnej przewadze. Tak dramatyczna przemiana to w tym klubie nic wyjątkowego, dość wspomnieć ubiegłoroczny Puchar Polski i kilka innych kompromitujących wpadek.
Po pięknym zwycięstwie nad Rakowem, gdy drużyna grała jak z nut i zostawiła na boisku mnóstwo energii, należało się spodziewać, że trener Frederiksen pozwoli odpocząć największym swym gwiazdom. Owszem, były zmiany, ale tylko w obronie. Szybko się okazało, że czołowi piłkarze nie dają rady grać tak, jak trzy dni wcześniej. Gholizadeh raz po raz gubił piłkę, jak nie on. Bengtsson był aktywny, wchodził w pojedynki, z czego nic nie wynikało. Ishak starał się być wszędzie, miał nawet okazję bramkową, ale to nie był ten sam gracz. Nadzieje, że Palma wraca do wysokiej formy, szybko się rozwiały.
Górnik natychmiast od razu zaatakował, czym zaskoczył Lecha, który długo nie mógł się pozbierać i musiał koncentrować się na obronie. Kiedy od czasu do czasu udawało mu się przejść do przodu, piłkę gubił natychmiast, bo większość podań była niecelna, mnożyły się niewymuszone błędy i proste straty. Górnik tylko na to czekał i gdy tylko odzyskiwał piłkę, zaczynał błyskawiczny, groźny atak. Kilka razy Lechowi się upiekło, ale kilka minut przed przerwą, po takim właśnie szybkim wyjściu i przy nieskoordynowanej próbie interwencji Skrzypczaka, goście dopięli swego, całkiem zresztą zasłużenie. Grali tak, jakby na awansie zależało im bardziej.
W drugiej połowie Lech starał się atakować energiczniej, ale wciąż był rozkojarzony, pozbawiony pomysłów. Stać go było na bicie głową w mur, piłka najczęściej krążyła po obwodzie, gdzie padała łupem agresywnie atakujących i groźnie kontrujących przeciwników. Trener zdjął z boiska wycieńczonego Gholizadeha, który próbował pomóc drużynie, ale nic mu nie wychodziło. Całkowicie zawiedli zmiennicy. Słabi byli Walemark i Ismaheel, nie zaistniał na boisku Agnero.
W końcu do Lecha uśmiechnęło się szczęście. W polu karnym sfaulowany został Pereira, w dodatku winowajca Chłań, notorycznie wykłócający się z arbitrem i wymachujący rękoma, wyleciał z boiska z drugą żółtą, czyli czerwoną kartką. Teraz wystarczyło tylko wykorzystać jedenastkę, by znaleźć się w bardzo korzystnej sytuacji. Minutę wcześniej boisko opuścił Ishak. Do piłki podszedł, nie wiedzieć dlaczego, słaby wiosną Pereira i kopnął tak, że bramkarz łatwo piłkę odbił. Potwierdziło się, że poszkodowany nie powinien egzekwować rzutów karnych. Do końca pozostało sporo czasu i można było strzelić choćby jednego gola. Górnik jednak zaryglował dostęp do bramki, a Lech był żałośnie bezradny.
W ostatnich minutach zapachniało głęboką prowincją, za sprawą ostentacyjnie zwalniającego grę Górnika. Kradł czas na potęgę, trzeba było reanimować kolejnych „umierających” graczy, wznawiający grę bramkarz kpił z sędziego w żywe oczy. Lech nacierał, ale tak nieudolnie, że nie mogło to nic dać. Tym razem na stadionie było ledwo 13 tysięcy osób. To była dla nich kara. Musieli oglądać najgorszy występ Lecha od dawna. Seria zwycięstw zatrzymała się na sześciu. Seria sezonów bez Pucharu Polski wzrosła do 17.


