Wyrównana rywalizacja? Chyba nie tym razem

Czy kibice Lecha mają prawo liczyć w czwartek na dobry wynik? Wszystko jest możliwe, ale racjonalnie oceniając, będzie o to trudno. Zainteresowanie meczem przeciwko KRC Genk, w eliminacjach Ligi Europy, jest zresztą mniejsze niż kilka tygodni wcześniej, gdy na Bułgarską przyjechała Crvena zvezda. Tamten pojedynek zapowiadał się atrakcyjniej, tymczasem belgijska ekipa jest teoretycznie mocniejsza od mistrza Serbii. Byłaby faworytem mierząc się z nim, a tym bardziej rywalizując z Lechem Poznań.

Szacunkowa wartość piłkarzy grających w Genku, według portalu transfermarkt.de, przekracza 150 milionów euro. To czterokrotnie więcej niż oceniani są zawodnicy Kolejorza i dwukrotnie więcej niż w przypadku Crvenej. Dane te trochę jednak fałszują rzeczywistość. Wartość graczy z Belgii polega na ich potencjale. Kilku z nich ma kosztować kilkanaście milionów euro, a 17-letni Konstantinos Karetsas, mający paszport belgijski, ale reprezentujący Grecję, jest ponoć warty nawet 20 milionów. Niebawem będzie zawodnikiem któregoś z mocnych europejskich klubów, podobnie jak kilku jego obecnych kolegów z drużyny. Trenerem Genku jest znany z gry w Bayernie Thorsten Fink.

Gdyby nawet Lech mógł wystąpić w optymalnym składzie, to i tak nie byłby faworytem. Drużyny z ligi belgijskiej, zwłaszcza te  lepsze, prezentują poziom w ekstraklasie nieznany. W 2018 roku dwukrotnie, choć nieznacznie Belgowie z Genk pokonali Lecha prowadzonego przez Ivana Djurdjevicia. Mieli w składzie zaczynającego wielką karierę Leandro Trossarda, dziś występującego w Arsenalu. Graczem Genku był też Ukrainiec Rusłan Malinowski, znany z potężnego uderzenia. Właśnie on pokonał w ten sposób Jasia Buricia. Drugiego gola zdobył Tanzańczyk Samatta, inny utalentowany młodzieniec. W poznańskim rewanżu Genk wygrał ponownie.

Ekipa ta dysponuje kadrą o tak wysokiej jakości, że kilka kontuzji nie sprawiłoby trenerowi problemów. Natomiast w Lechu absencja czołowych zawodników powoduje radykalny spadek jakości gry. Widzieliśmy to w sobotę, podczas meczu z Koroną. Był to pojedynek dwóch ligowych średniaków, a remis należy ocenić jako szczęśliwy dla Lecha. Na brak zawodników z wysokimi umiejętnościami nałożyły się tragiczne błędy indywidualne, niweczące wysiłek całego zespołu. Przykre, że bramkę Koronie podarował Mateusz Skrzypczak, dla którego powrót do Poznania bardzo dużo znaczy, a powitany tu został z radością. Dziś widzimy, że gra on gorzej niż w Jagiellonii. Być może powinien poczekać, aż formą dorówna kolegom z defensywy.

Obrona Lecha, delikatnie mówiąc, nie jest w nowym sezonie ostoją. Liczba straconych bramek przeraża. Formacja ta nie jest skoordynowana, fatalnie zachowuje się przy rzutach rożnych dla rywali, ma problemy z wyprowadzeniem piłki spod własnej bramki. Lechowa defensywa najlepiej i najpewniej grała, gdy obok siebie występowali doświadczeni i rozumiejący się  Salamon i Milić. Może warto wrócić do tego ustawienia, przynajmniej w najważniejszych spotkaniach?

Brak Sousy, Walemarka i Gholizadeha przełożył się na ofensywną bezradność. Brakuje graczy kreatywnych, potrafiących zaskoczyć rywali. Z nowych nabytków korzyść jest tylko z Luisa Palmy, strzelca gola w sobotnim meczu (a nawet dwóch, lecz w jednym przypadku posłużył się ręką). Honduranin stara się być nieustannie pod grą, próbuje dryblować, oddaje strzały. Większość tych akcji jest nieudana, ale i tak błyszczy na tle kolegów. Skrzydłowy Bengtsson w sobotę nie zaistniał. Rodriguez jest oceniany wysoko, ale na wyrost. Niczego ciekawego nie pokazuje, a czas biegnie. Trudno wierzyć, by mógł szybko zrekompensować odejście Sousy. W sytuacji, gdy trzeba się obejść bez Gholizadeha, klub próbuje wypożyczyć skrzydłowego. Trochę potrwa, zanim znajdzie się ktoś z jakością, chcący grać w Lechu. Wciąż Ishak jest jedynym napastnikiem w klubie. Na wyniki klubu bardziej wpływają takie działania (a raczej ich brak) niż to, co robią trener i piłkarze.

Jeśli chodzi o trenera, to nie stworzono mu dobrych warunków do pracy. Oby w czwartek nie trzeba było mu współczuć rywalizacji z klubem inaczej prowadzonym, choć też utrzymującym się dzięki szkoleniu młodzieży. Tam brak wartościowych zawodników w kadrze czy opieranie ataku na jednym piłkarzu jest pojęciem abstrakcyjnym. Inna sprawa, że trener sam sobie robi krzywdę uporczywie dając szanse Fiabemie. Z próżnego i Salomon nie naleje. Skoro już trzeba osłabiać drużynę, to czy nie lepiej sięgnąć po juniora z rezerw? Jeśli nie pomoże Lechowi, to chociaż sobie w piłkarskim rozwoju.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny