Używanie przez kibiców rac odbywa się w prawie wszystkich europejskich krajach. Na niektórych stadionach race wrzucane są nawet na boisko (tak zdarzyło się podczas finału Pucharu Holandii). Jednak tylko w Polsce administracja państwa stosuje odpowiedzialność zbiorową i nakłada kary na wszystkich kibiców uniemożliwiając im oglądanie meczów. Zamykane są tu całe, najczęściej nowoczesne i w pełni bezpieczne stadiony lub część ich widowni. Skutek tych działań jest żaden.
O niezamykanie poznańskiego stadionu po meczu z Jagiellonią apelowały u wojewody władze klubu, przyłączyła się do tego spółka Ekstraklasa, która nałożyła wcześniej na Lecha karę finansową. Także członkowie nowego Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań poparli władze klubu deklarując, że zadbają o zachowanie przepisów. Była szansa na porozumienie i takie rozwiązanie problemu, żeby wszyscy byli usatysfakcjonowali, także służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo na stadionie.
Piotr Florek pozostał na to wszystko głuchy dowodząc, że nie chodzi tu o rozwiązanie problemu stosowania pirotechniki, tym bardziej o bezpieczeństwo na stadionie, lecz o fałszywie pojętą pryncypialność. O tym, jak bardzo wojewoda troszczy się o sens podejmowanych przez siebie decyzji świadczy dodatkowy zakaz: na najbliższy mecz nie zostaną na poznański stadion wpuszczeni kibice Wisły Kraków. Problem w tym, że bojkotują oni nawet własny obiekt, do Poznania się nie wybierali, o czym wojewoda musiał wiedzieć. Nie można zresztą wykluczyć, że nie wojewoda nałożył na klub i jego kibiców karę. On ją tylko zakomunikował, a decyzja znana była jeszcze przed naradą z udziałem policji, władz klubu i innych zainteresowanych.



