[widgetkit id=11] |
W Chorzowie Kolejorz prowadził po pierwszej, bardzo dobrej połowie. Na samym początku bramkę pięknym strzałem zdobył Vojo Ubiparip. W drugiej powtórzyła się sytuacja z wyjazdowego wiosennego meczu w Białymstoku. Lech całkowicie oddał inicjatywę, zaprezentował minimalizm. Nie zależało mu na zdobyciu kolejnej bramki, lecz na upływie czasu. Srodze się to zemściło pod koniec, gdy Malinowski oddał strzał rozpaczy z prawie 30 metrów, a piłka jak zwykle odbiła się od Arboledy i kompletnie zaskoczyła Kotorowskiego.
Mecz z Cracovią był w wykonaniu Lecha najgorszym od bardzo dawna. W pierwszej połowie goście mieli wielką przewagę w posiadaniu piłki, rozgrywali ją ze swobodą, na szczęście nie stwarzając groźnych sytuacji. Lech pokazał kilka żałosnych ataków, prawie w ogóle nie strzelał. Mógł jednak pokusić się o zwycięstwo, bo kilka minut przed końcem bramkarz Krzysztof Pilarz przepuścił piłkę po dalekim strzale Ubiparipa. Można było zdobyć kolejne gole wykorzystując osłabienie gości po wyrzuceniu z boiska Marcina Kusia. Były dobre okazje, nie zostały wykorzystane, a dośrodkowanie ze skrzydła Ntibazonkizy zamieniło się w gola. Brak koncentracji wykazała cała obrona, toczącej się piłki nie dotknął też „Kotor”.
Piłkarzom znów się nasłuchało od kibiców. Do meczu w Lubinie przystąpili z zamiarem odniesienia zwycięstwa. Opanowali sytuację, długo utrzymywali się przy piłce, grali ambitnie, co z tego jednak, skoro nie oddawali celnych strzałów. Ani jednego! Zagłębie po przerwie zagrało ambitniej i energiczniej, kilkakrotnie groźnie zaatakowało. Lech próbował atakować tak samo, jak w pierwszej połowie. Trałka oddał kilka kompletnie nieudanych strzałów z daleka. Panu Bogu w okno strzelał też Ubiparip. Celnie, ale niegroźnie uderzał Szymon Pawłowski.
Gra Lecha była dużo lepsza niż w Wilnie. Przypominała już to, co Lech pokazywał w ubiegłym sezonie, choć zabrakło szczęścia w strzałach. Gdyby udało się zdobyć gola, ocena tego spotkania i postawy Lecha byłaby diametralnie inna.



