W pierwszej połowie piłkarze Lecha podejmowali w ataku same złe decyzje. Kiedy aż się prosiło, by podać do wychodzącego na dobrą pozycję kolegi, bombardowali dopiero co oddaną do użytku trybunę stadionu miejskiego. Najczęściej niecelnie uderzali Hamalainen i Lovrencsics, choć Węgier wykonał kilka bardzo dobrych podań. Żenujące pudło zdarzyło się Claasenowi, fantastycznej okazji nie wykorzystał Kamiński, na początku meczu nieudanie z trudnej pozycji strzelał Linetty. Ten junior był jednak najlepszym, najdojrzalej grającym zawodnikiem na boisku. Świetnie odbierał piłki dużo starszym od siebie rywalom, wygrywał z nimi walkę wręcz, potrafił jednym zagraniem wyprowadzić kolegów na dobre pozycje. Oni jednak w tej połowie ani razu nie wcelowali w bramkę.
Lech zdominował przeciwnika. Umiejętnie, podaniami z pierwszej piłki uwalniał się spod pressingu i stwarzał sobie groźne sytuacje. Cóż z tego, skoro nie potrafił ich wykorzystać. Teodorczyk dobrze pokazał się na początku, ale potem zgasł i Lech grał bez napastnika. Po przerwie zastąpił go Ślusarski, który też niczego nie zdziałał, ale wtedy już cała drużyna grała dużo gorzej. Tuż po przerwie zaczął się okres zwany „poznańskim kwadransem”, bo w ostatnich meczach właśnie wtedy Kolejorz najczęściej i najgroźniej atakuje, niestety zawsze nieskutecznie. Każdy kwadrans się jednak kończy, a kiedy niespodziewanie zszedł z boiska Hamalainen, główna siła napędowa Lechowa, mecz stał się wyrównany.
Prawdopodobnie Hamalainen nie był kontuzjowany, a trener zdjął go za karę, za złe wybory przed przerwą. Niezależnie od tego, czym kierował się Mariusz Rumak, osłabił drużynę. Fin dobrze wyprowadzał piłkę ze środka boiska, napędzał atak, pokazywał udane rajdy. Zastępujący go Pawłowski był kompletnie bezproduktywny, nie zanotował ani jednego udanego zagrania, ale być może realizował przedmeczowe założenia taktyczne i od sztabu szkoleniowego otrzyma wysokie noty. Z każdą minutą gasł też Claasen, aż trener i jego zdjął z boiska. W tym momencie gra Kolejorza zupełnie „siadła”, choć próbował jeszcze atakować. Właśnie wtedy trzeba było próbować oddawać strzały, ale zawodnicy wyraźnie się tego bali. W rezultacie nie było ani udanych zagrań, ani strzałów.
Pod koniec meczu wszedł na boisko, po wielomiesięcznej przerwie, Rafał Murawski. Nie mógł zbawić zespołu, to jeszcze nie jest „Muraś” sprzed kontuzji. Rafała można tłumaczyć, ale u jego kolegów błędów w przyjęciu i rozegraniu piłki – już nie. Coraz gorsza gra Lecha spowodowała, że gospodarze uwierzyli we własne siły. Zaatakowali energiczniej i mogli zostać za to wynagrodzeni. Niewiele brakowało, by Michniewicz znów ograł Rumaka.
Chcielibyśmy wierzyć, że przez dwa tygodnie Lech wyeliminuje błędy, poprawi rozegranie piłki w ataku, oddawanie strzałów. Specjalnością tej drużyny stało się powielanie własnych błędów, więc lepiej porzucić nadzieje, by nie przeżyć jeszcze jednego bolesnego rozczarowania.
Podbeskidzie Bielsko-Biała – Lech Poznań 0:0
Widzów: 3000
Sędzia: Tomasz Musiał (Kraków)
Żółte kartki: Górkiewicz – Możdżeń, Ślusarski, Murawski
Podbeskidzie: Ladislav Rybansky – Tomasz Górkiewicz, Adam Deja, Dariusz Pietrasiak, Błażej Telichowski – Dariusz Łatka, Anton Sloboda – Marek Sokołowski (62. Aleksander Jagiełło), Marcin Wodecki (75. Krzysztof Chrapek), Damian Chmiel – Piotr Malinowski (44. Fabian Pawela)
Lech: Maciej Gostomski – Mateusz Możdżeń, Hubert Wołąkiewicz, Marcin Kamiński, Barry Douglas – Łukasz Trałka, Karol Linetty – Gergo Lovrencsics, Kasper Hamalainen (59. Szymon Pawłowski), Daylon Claasen (76. Rafał Murawski) – Łukasz Teodorczyk (46. Bartosz Ślusarski)



