Na Ligę Mistrzów trzeba zasłużyć

Postawa Lecha w Belgradzie nie rozczarowała, nie dał się zdominować, grał otwarcie, mimo dramatycznych osłabień nie pękł. Tyle niestety, że awans nie wchodził w rachubę nawet przez moment. Crvena grała spokojnie i pewnie, nie szarżowała, nie nastawiła się demolowanie słabszego rywala, lecz na osiągnięcie celu niewielkim kosztem. Tylko końcówka pierwszego, poznańskiego meczu dawała Lechowi jakieś nadzieje. Potem już było pozamiatane, przy tej różnicy umiejętności rewanż niczego nie mógł zmienić.

W futbolu niespodzianki, a nawet sensacje to normalne zjawisko. Jeśli zespół słabszy ma pokonać mocniejszego, to sposobem, przez zaskoczenie, wykorzystanie swych atutów. Lech w Belgradzie niczym nie zaskoczył. Na tle spokojnie grającego przeciwnika dobrze operował piłką, a jeśli ją tracił, to najczęściej nie w bezpośrednich starciach, ale wskutek błędów, niekiedy kompromitujących. Nigdy niczego się nie osiągnie pozwalając sobie na niecelne podania na kilka metrów, proste straty, potknięcie się w kluczowym momencie, jak Skrzypczak przy faulu w polu karnym.

Trzeba przyznać, że trener Lecha ma wysoką tolerancję na takie błędy. Nie oburza go coś, co w klasowej drużynie byłoby nie do pomyślenia. Piłkarz pozwalający sobie na niechlujność, brak koncentracji, pospolite brakoróbstwo nie miałby szans na dokończenie meczu i grę w najbliższym spotkaniu. W Lechu można sobie pozwolić na wszystko. Posadzenie na ławce nie grozi, gdy połowa drużyny przebywa na chorobowym. Nawet Fiabema, który nie daje drużynie absolutnie niczego pozytywnego, a gra poniżej poziomu rezerw Kolejorza, może liczyć na względy trenera i pokazywać się na boisku. Dopóki to się nie zmieni, marzenia o Lidze Mistrzów się nie spełnią. Konfrontacja z zespołem grającym na poważnie zawsze skończy się porażką.

Chcąc zniwelować różnicę w umiejętnościach i na przekór nim uzyskać korzystny rezultat, trzeba spełnić dwa warunki. Obrona musi grać na bardzo wysokim poziomie, to podstawa. W Lechu w tym sezonie jest ona bardzo słaba, nieskoordynowana. Brakuje w niej szefa, kogoś takiego, jak Salamon z najlepszych czasów, jak Bosacki, Arboleda – prawdziwa ostoja, jakość, doświadczenie. W każdym kolejnym meczu obrońcy mylą się, grają elektrycznie, zbyt często panikują. Fatalnie zachowują się przy rzutach rożnych dla rywali, nie widać między nimi zrozumienia.

Poza tym atak musi być nastawiony na zdobycie gola, choćby i z niczego. Lech ma super Ishaka, zawsze może na niego liczyć. Szwed od dawna czuje się świetnie fizycznie, co wcześniej mu się nie zdarzało. Brakuje mu jednak partnerów. Choćby takich, jak w czasach Dariusza Żurawia, gdy Lech zadziwiał kreatywnością przy stwarzaniu sytuacji bramkowych. Miał Modera, Tibę, Ramireza, dobrych skrzydłowych, a oni zawsze coś ciekawego wymyślili. Teraz można o tym tylko pomarzyć. Palma, określany przed przyjściem do Lecha jako kozak, niczego konkretnego jeszcze Lechowi nie dał. Bengtsson musi wielokrotnie stracić piłkę, przegrać wiele pojedynków, by raz na mecz stworzyć coś pozytywnego, niekiedy decydującego. Drugiego skrzydłowego chwilowo brak. Przy klasowym, mądrze grającym zespole Kolejorz jest bezzębny. Musi liczyć na wrzutki Pereiry. Umiejętności kogoś takiego jak Hotić byłyby dziś nie do przecenienia. Nie tylko przy rzutach wolnych.

Nie byłoby mistrzostwa bez Gholizadeha, Sousy, Walemarka, Ishaka. Z tego kwartetu został tylko Szwed. Odejście Sousy było pewne długo przed początkiem sezonu. Można było go zastąpić. Klub się starał, ale spokojnie, bez presji czasu. Rodriguez dołączył późno i na razie nie potwierdza wartości, jaka się zapowiadała. Także Palma jest mniej przydatny niż można było mieć nadzieję. Pogra w Poznaniu do końca sezonu i odejdzie, bo nikt nie pobije transferowego rekordu ekstraklasy, by go zatrzymać. Zbyt mało daje drużynie, by się to kalkulowało.

Lech, jakiego oglądaliśmy w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, nie miał szans na awans, nie mógł rywalizować z doświadczonym zespołem. To nie znaczy, że Crvena jest potęgą nie do pokonania. Mając wszystkich zawodników zdrowych, pewnie grającą obronę i skuteczniejszy, pomysłowy atak, można byłoby liczyć na nawiązanie walki. Kolejorz nie był do tego przygotowany. Trener nie miał warunków do odniesienia sukcesu. Późne i na razie rozczarowujące wzmocnienia, absencja zawodników z najwyższymi umiejętnościami, tolerowanie przez trenera błędów przesądziły o tym, że hymnu Ligi Mistrzów znów posłuchamy tylko w telewizji.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny