Kompromitującymi błędami znów pozbawili się punktów

Od początku sezonu, z żelazną konsekwencją, Lech wyręcza przeciwników w stwarzaniu zagrożenia pod własną bramką i w rezultacie w strzelaniu goli. Nie inaczej było w meczu z Koroną Kielce. W pierwszej połowie gola podarowanego rywalom przez Gurgula VAR szczęśliwie anulował, ale w drugiej goście mogli liczyć na Skrzypczaka, który dał się ograć podczas wyprowadzania piłki. Na szczęście Kolejorz zdołał wyrównać. I obronić się przed atakami Korony. Remis 1:1 jest dla niego szczęśliwy. Jak powietrza mistrzowi Polski brakuje piłkarzy z jakością i kreatywnością.

Trener Jacek Zieliński, który zdobył z Lechem mistrzostwo w 2010 roku, z kolejnymi swymi drużynami nigdy w Poznaniu nie wygrał. Teraz, prowadząc Koronę, był bliski przełamania tej serii. Zastosował prostą taktykę, która na Lecha pozbawionego ważnych piłkarzy i jakości w grze okazała się wystarczająca. Kiedy Kolejorz był przy piłce, czyli często, Korona w komplecie wycofywała się pod własną bramkę, trudno było wzmocnioną defensywę sforsować. W innych sytuacjach natychmiast szybko i groźnie kontrowała. Bramkarz nie miał skrupułów posyłając piłkę pod pole karne Lecha, gdzie wielokrotnie gościom udawało się ją przechwycić i oddawać strzały. Było ich bez liku, ale wszystkie niecelne.

Korona musiała liczyć na pomoc Lecha, a ten nie byłby sobą, gdyby w końcu nie podał jej pomocnej dłoni. Łatwą stratą i brakiem koordynacji „błysnął” Gurgul, zdarzyło się jeszcze nieporozumienie z Mrozkiem i w sytuacji wydawałoby się zupełnie niegroźnej kopnięta przez Długosza piłka znalazła się w pustej bramce. Chciałoby się powiedzieć – jak zwykle. Sytuację tę długo oglądali sędziowie VAR i orzekli, że goście spalili swą akcję i tym razem jeszcze Lechowi się upiekło. Jeżeli Korona przez cały mecz oddała mnóstwo niecelnych strzałów, to Lech prawie tyle samo razy uderzał celnie, co nieznaczny, że groźnie. Uparł się, by celować wprost w bramkarza, co powodzenia przynieść nie mogło.

Widać było wyraźnie, że ślamazarnie i schematycznie atakującym gospodarzom brakuje pomysłów. Jakości w ofensywie, po odejściu Sousy, stracie Gholizadeha i innych graczy było jak na lekarstwo. W składzie brakowało piłkarzy kreatywnych. Nie było ich też na ławce rezerwowych. Ne lewym skrzydle grał młody Lisman, co musiało mieć konsekwencje. Bengtsson źle się czuł na prawej stronie, nic mu nie wychodziło, podobnie zresztą jak wszystkim innym Lechitom. Natomiast Korona grała prostą piłkę, ale przemieszczała się z nią po boisku błyskawicznie i wciąż zagrażała Mrozkowi.

Na początku drugiej połowy Lech stworzył duże zagrożenie pod bramką Dziekońskiego. Ishak dośrodkował, piłkę przyjął Luis Palma i celnie uderzył. Na stadionie wybuchła radość, ale strzelec zachowywał się powściągliwie i szybko okazało się, jaka była tego przyczyna. Pomógł sobie ręką, a sędziowie VAR to wychwycili i wciąż było 0:0. Kolejnych dobrych okazji nie brakowało i padłyby gole dla Lecha, gdyby nie bramkarz Korony, który nie musiał interweniować, bo piłka za każdym razem odbijała się od niego. Wielokrotnie wyłapywał ją po nieudanych dośrodkowaniach, także po rzutach rożnych, które podobnie, jak w poprzednim sezonie, wykonywane są fatalnie. Gra była szybka i zacięta, ale w kluczowych momentach akcje Lecha zwalniały. Korona też była bezradna, aż pomógł jej Mateusz Skrzypczak, który dał się ograć podczas wyprowadzania piłki. Goście wyszli na prowadzenie, wykorzystali bowiem prezent obrońcy z zimną krwią.

Pozbawiony czołowych swych graczy Lech nie różni się teraz od ligowych  średniaków. Jakość miał zapewnić późno sprowadzony Rodriguez, który wszedł na ostatnie pół godziny meczu. I było to pół godziny zmarnowane. Korzyści nie było z niego żadnej, marnował akcję za akcją, tracił piłkę próbując wchodzić w dryblingi. Lepiej spisywał się Palma. Podobnie jak koledzy mylił się, był przewidywalny, ale i aktywny, a w kluczowym momencie znalazł się tam, gdzie trzeba. Znów dośrodkował Ishak, a Honduranin z bliska wcisnął piłkę głową do bramki dając Lechowi wyrównanie. Tym razem się ucieszył, był to prawidłowy gol, po którym pojawiła się iskierka nadziei nawet na zwycięstwo w ostatnich 10 minutach i czasie doliczonym.

Niestety był to czas Korony, bo to ona zaatakowała i zepchnęła Lecha do obrony, momentami rozpaczliwej. Nieudolnie się odgryzał, niskie umiejętności zawodników, do tego gra w personalnym osłabieniu po wejściu na boisku zagubionego Fiabemy, nie dawały szans na sukces. Mnożyły się bezmyślne zagrania i niepotrzebne, kompromitująco niecelne strzały. Na szczęście nie zdarzyły się już błędy w obronie. Ambitnie atakująca Korona mogła liczyć tylko na siebie, przez co przyszło jej zadowolić się wywiezieniem z Poznania tylko punktu.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny