Zasłużona porażka Lecha w Białymstoku. Wycieńczona Jagiellonia lepiej grała w piłkę, potrafiła zarządzać meczem. Dowiodła, że jest drużyną dojrzalszą. Poniesioną porażką i bezradnością, jaką się wykazał, Kolejorz postawił się w trudnej sytuacji. Spadł na trzecie miejsce i nic nie wskazuje, by mógł wrócić na czoło tabeli. Przy takiej postawie, tak często ponoszonych porażkach dużą sztuką będzie wyprzedzić ekipy, które są teraz nad nim.
Należało się spodziewać, że w tym trudnym spotkaniu na boku obrony znów wystąpi Antonio Mlić, więc tylko jedną wątpliwość miał trener Niels Frederiksen – kogo wystawić na prawym skrzydle: Gholizadeha czy Walemarka. Postawił na Irańczyka i już po niespełna dziewięciu minutach stwierdził, że był to dobry wybór. Lech prowadził 1:0, a zawdzięcza to umiejętnościom tego gracza.
Spotkanie zaczęło się od przewagi gości, którzy zdawali sobie sprawę, że Jagiellonia przystąpi do tego spotkania trzy dni po ciężkiej przeprawie w Brugii, a łącznie grała dwukrotnie więcej niż poznaniacy, którzy z Europy wypisali się na własne życzenie. Intensywność miała był siłą Kolejorza. I była, ale tylko na początku. Gospodarze rzadko utrzymywali się przy piłce, nie radzili sobie z pressingiem gości. Szybko można było wyjść na prowadzenie, gdy mocny strzał oddał Murawski, pechowo trafiając bramkarza w rękę. W końcu dokonali tego, co długo się nie oddawało: zdobyli gola po stałym fragmencie. Piłka trafiła do ustawionego na lewym skrzydle Salamona, który mocno kopnął w stronę bramki, a z pierwszej piłki, z bliska mocno uderzył Gholizadeh, który był tam, gdzie powinien.
Jeszcze przez kilka minut przewagę miał Lech, wydawał się być panem sytuacji. „Jaga” w końcu ożywiła się i i to ona dłużej utrzymywała się przy piłce. Szansą dla gości były kontry, nie udawało się jednak z tej broni skorzystać. Mecz był już wyrównany, a po pół godzinie także na tablicy był remis, gdy Jagiellonia przejęła piłkę w środku pola i przeprowadziła jedną z płynnych akcji, które przyniosły jej wiele bramek. Po podaniu na lewą stronę nastąpiło dośrodkowanie, podanie do Imaza, a ten oddał strzał szczęśliwy, bo Milić był bliski wybicia piłki. Chorwat miał podwójnego pecha, chwilę później zakończył się dla niego mecz, doznał kontuzji. Mecz był zacięty, ale tylko graczom Lecha raz po raz trzeba było udzielać medycznej pomocy.
Co najgorsze, zdobyty gol podniósł gospodarzy na duchu. Grali z rozmachem, napędzeni, mogli wyjść na prowadzenie, Lechowi pomógł słupek. A po chwili stracił jeszcze jednego zawodnika. Kłopoty zdrowotne miał Sousa, pojawiły się podejrzane zawroty głowy. Wszystko to działo się jeszcze w pierwszej połowie. Na boisko wcześniej niż trener przewidywał weszli Gurgul i Jagiełło. Mimo przedłużenia gry o 7 minut nic już do przerwy się nie zmieniło.
W drugiej połowie Lech miał dojść do głosu, wykorzystywać zmęczenie przeciwnika, ale walczył sam z sobą, gra mu się nie kleiła. Akcje były nieskładne, mnożyły się błędy i zbędne faule. Nie wykorzystywał tego, że zawodnicy „Jagi” opuszczali boisko z urazami mięśniowymi, mieli kłopoty, tracili siły. Górowali jednak nad Kolejorzem mentalnie, bardziej im zależało na punktach i wiedzieli, jak je zdobyć. Lech przeprowadził kilka akcji z udziałem rezerwowych Walemarka i Pereiry, nieudanie wykonywał stałe fragmenty. Nie dość, że ich nie wykorzystał, to po jednym z nich gospodarze zademonstrowali, jak trzeba wyprowadzać kontrataki. Piłka zmierzała do bramki, próbował wybić ją Murawski, zamiast tego oddał strzał.
Po tym samobóju Jagiellonia prowadziła, a Lech sprawiał wrażenie pogodzonego z losem, jak zawsze w takich sytuacjach. Nie wykazywał woli walki. Nie miał żadnego pomysłu na prowadzenie akcji, brakuje mu wypracowanych schematów w ofensywie. Częściej był przy piłce, wykonywał rzuty wolne po licznych faulach gospodarzy, co było dla nich korzystne, bo po przejęciu piłki kontratakowali i byli bliżsi podwyższenia wyniku niż Lech wyrównania. Podczas konferencji prasowej trener Frederiksen był mocno rozczarowany postawą swych graczy, ale to nic w porównaniu do zawodu przeżywanego przez kibiców. Nie spodziewali się, że ich Kolejorz nie podejmie walki, nie wykorzysta atutów. Mentalność zwycięzców to dla niego abstrakcja.



