Tydzień temu kibice Lecha byli smutni, niektórzy załamani. Większość uwierzyła, że ten wyjątkowy sezon nie będzie żadnym wyjątkiem i znów przyniesie rozczarowanie. Nagle, w Dzień Zwycięstwa, nastąpił zwrot akcji. Teraz nie w Poznaniu, a w Częstochowie panują smutek i niedowierzanie, że tak wielka szansa wymyka się z rąk. Za to dla setek tysięcy, jeśli nie milionów Wielkopolan, tydzień zaczął się radośnie.

Zwycięzców się nie sądzi. Przegrali bezpośrednie mecze z Rakowem, popełnili dramatyczne błędy na Stadionie Narodowym, ale w tabeli wyprzedzili dotychczasowego lidera dzięki nie tylko swojej ambicji i umiejętnościom, ale i odrobinie szczęścia. Bez uśmiechu losu niczego się nie osiągnie nie tylko w futbolu. Jakkolwiek by tego nie oceniać, Kolejorz do tej pory zgromadził więcej punktów niż pozostali rywale. Zdobył najwięcej bramek. Stracił ich najmniej. Co najważniejsze, to od niego zależy, czy podniesie mistrzowskie trofeum. Stracenie tej szansy byłoby frajerstwem nieprawdopodobnym, niespotykanym.

Mecz w Gliwicach był inny niż większość wyjazdowych Lecha w tym sezonie. Nie zdominował przeciwnika. Nie może narzekać, że brak szczęścia pokrzyżował mu szyki. Wprost przeciwnie. Przeciwnik był bardzo groźny, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy przestał się ukrywać za podwójną linią obrony i przystąpił do ataku, rozgrywał ciekawe akcje, stale był niebezpieczny. Gracze Lecha piłkarsko radzili sobie tym razem słabo, akcje im się nie zawiązywały, ale nie odpuszczali, bezcenne zwycięstwo musieli wyszarpać. Gdyby taką mentalność demonstrowali wcześniej, już dziś mogliby się cieszyć z mistrzostwa.

Do tej pory piłkarze o dużych indywidualnych umiejętnościach nie tworzyli sprawnie działającej drużyny. W meczu gliwickim było podobnie. Piast wiosną gra dobrze, regularnie punktuje, aż do niedzieli nie ponosił porażek. Gdyby miał przy tym takich wykonawców, jacy grają w Lechu, wygrałby niedzielne starcie. Przegrywał, ale zaskoczył Lecha świetną akcją, chyba najlepszą w całym spotkaniu, już pół minuty po przerwie. Lechici głów nie zwiesili. Nie szło im, ataki rozsypywały się po niecelnych podaniach, łatwych stratach. Dopięli jednak swego rzutem na taśmę, choć gdyby sekundy wcześniej sędzia inaczej ocenił ostre wejście Ramireza, nie byłoby stałego fragmentu pozwalającego zdobyć być może najważniejszą bramkę w sezonie.

W Gliwicach było widać, jak łatwo można się pomylić w ocenie piłkarza. Damiana Kądziora w Poznaniu nie chcieli, woleli nabyć kogoś lepszego. Tymczasem piłkarz ten daje swej drużynie więcej niż nowe nabytki Lecha, takie jak Ba Loua i Velde, który w ostatnich minutach otrzymał misję wykorzystania szybkości, przeprowadzenia decydującej kontry. Był zagubiony, nic drużynie nie dał. Na szczęście okazał się zbędny. Zwycięski gol to efekt determinacji całej drużyny i umiejętności trzech piłkarzy. Kwekweskiri dobrze kopnął z rzutu rożnego, Satka skierował piłkę tam, gdzie trzeba, a Ishak, któremu mimo ambitnej postawy niewiele wcześniej wychodziło, wykazał instynkt klasowego napastnika.

Jeśli piłkarze Lecha w dwóch ostatnich meczach zagrają z podobną determinacją, nie będą popełniać błędów, czyli zapomną o swoim znaku firmowym, koniec sezonu będzie radosny. Duch wśród kibiców odżył. Jeszcze wczoraj gotowi byli skupić się na nowym sezonie, zastanawiali się, którzy zawodnicy pożegnają Poznań. Dziś nurtują ich inne problemy. Takie na przykład, jak miejsce zorganizowania mistrzowskiej fety.

Udostępnij:

Podobne

Czekając na inwestycje

Wywalczenie mistrzostwa Polski pozwoliło Lechowi zarobić niemałe pieniądze, przekraczające 30 milionów zł. Jeszcze większe kwoty czekają w europejskich pucharach. Im Kolejorz dłużej w nich pogra,

Bezkonkurencyjni. I niech tak zostanie

Z Gali Ekstraklasy, podsumowującej ligowy sezon, piłkarze Lecha wracają z nagrodami świadczącymi o zdominowaniu konkurencji. Najlepszym młodzieżowcem kapituła wybrała Jakuba Kamińskiego, najlepszym obrońcą Bartosza Salamona,