Błędy nie odebrały Lechowi zwycięstwa w Łodzi, bo jeszcze większą gafę popełnił bramkarz Widzewa

Nieprawdopodobny przebieg miał mecz Lecha z Widzewem. Kolejorz prowadził 2:0 i był panem sytuacji, ale roztrwonił to po błędach obrońców i bramkarza. Mógł nawet wrócić do Poznania bez punktów, bo ligowy debiutant Szymczak dał sędziemu pretekst do podyktowania rzutu karnego w czasie doliczonym. Wyłapanie przez VAR spalonego uratowało sytuację, a chwilę później, tuż przed końcem meczu, niebywały błąd bramkarza Widzewa dał Lechowi zwycięstwo 3:2. Był to bardzo dobry, emocjonujący mecz, ale o wyniku zadecydowały pomyłki na poziomie trzecioligowym.

Od pierwszych akcji widać było, która drużyna ma więcej jakości i sprawniej operuje piłką. Lech czuł się swobodnie, łatwo przedostawał się na przedpole Widzewa, nie finalizując akcji z powodu braku wyczucia w podaniach. W końcu się udało, gdy prawą stroną popędził Walemark, zgubił obrońcę i dośrodkował po ziemi prawą nogą, a Kozubal strzałem z pierwszej piłki już w 5 minucie wyprowadził Lecha na prowadzenie. Potem były kolejne niezłe akcje Kolejorza, ale gospodarze też mu potrafili zagrozić. Niewiele brakowało, by samobójczą bramkę strzelił Perieira, potem Lis z trudem, dość przypadkowo obronił uderzenie z dystansu.

Widzew grał coraz lepiej, coraz częściej przebywał na połowie Lecha, stosował długie przerzuty i wydawało się, że jest bliski wyrównania, tym bardziej, że próbujący odpowiadać goście akcje swe marnowali wskutek niecelnych, chaotycznych zagrań, w czym celował Rodriguez. Jednak wystarczyło szybkie wyprowadzenie piłki z obrony, by podwyższyć prowadzenie. Na bramkę znów popędził Walemark, lekko podał Sayjadmaneshowi, a ten już wiedział, co zrobić. Lech niedługo prowadził dwoma golami, bo katastrofalny błąd popełnił Pereira podając Fornalczykowi, a gola, przy niebywałej bierności obu środkowych obrońców, zdobył reprezentant Świderski.

Od początku drugiej połowy bardziej zdecydowany w dążeniu do zdobycia gola był Widzew, jednak niewiele brakowało, by błąd bramkarza Drągowskiego, jeden z kilku w tym meczu, kosztował go gola. Niespodziewanie przy piłce znalazł się Agnero. Wystarczyło kopnąć do opuszczonej bramki, Iworyjczyk strzelił jednak tak rachitycznie, że bramkarz zdążył interweniować. Chwilę potem to Lech zachował się fatalnie w defensywie. Źle się ustawił Mońka, Pareira z niezrumiałych powodów nie brał udziału w grze, a Lis zostawił Fornalczykowi miejsce przy słupku i w ten sposób już na początku drugiej połowy prowadzenie Lecha trafił szlag.

Od tego momentu grał inaczej. Już nie przyjmował Widzewa na własnej połowie, nie nastawiał się na kontrataki, lecz starał się długo utrzymywać przy piłce, prowadzić grę, szukać szczęścia w ataku pozycyjnym. Trener zamienił bezproduktywnego Agnero na Palmę, do ataku przeszedł Sayyadmanesh. Zaczął się długi okres przewagi Lecha. Raz po raz groźnie było na przedpolu Drągowskiego, który pomyłki przeplatał genialnymi interwencjami i kilka razy ratował swą drużynę. Miał wielkie szczęście odbijając ekwilibrystycznie piłkę po uderzeniu Palmy z rzutu wolnego i rykoszecie. Tuż po wejściu na boisko blisko gola był Berggren.

Lech miał inicjatywę, choć każdy daleki przerzut Widzewa był groźny, z powodu niepewnej postawy defensorów gości. Na ostatnie minuty Walemarka zastąpił debiutant ekstraklasowy Szymczak, ale tylko po to, by w 90 minucie popełnić faul w polu karnym, zresztą wątpliwy. Sędzia odwołał jedenastkę, gdy VAR wyłapał spalonego. To jednak jeszcze nie był koniec emocji. Kiedy sędzia miał już kończyć mecz, piłkę na połowę Widzewa wrzucił Gurgul. Fatalny błąd popełnił Drągowski, a Palma mógł posłać piłkę do pustej bramki. W jednej chwili tętniące od obelg trybuny zamarły. W grobowej ciszy słychać było tylko okrzyki radości z obozu Kolejorza.

Udostępnij:

Podobne