Mistrz Polski wybiera się na Wyspy Owcze, a kibice mocno się niepokoją, czy uda się utrzymać jednobramkową zaliczkę z meczu domowego. Czy przy takiej różnicy jakości obu zespołów jest to normalne? Po kataklizmie, jakim była duńska kompromitacja, nic tu już nie będzie takie, jak dotychczas. W wizerunku klubu, w jego postrzeganiu powstała wyrwa tak potężna, że niełatwo będzie ją załatać. Lech spadł do innej rzeczywistości, nikt już mu nie zaufa. To nie Aarhus wygrał w Poznaniu. To Lech przegrał. Nie z Duńczykami zresztą. Sam z sobą.
Nad klubem krąży widmo następnego koszmaru, może sobie nie poradzić na trudnym terenie. Klasy obu zespołów nie ma co porównywać. To inne piłkarsko światy. Tyle, że na zdołowanego Lecha nietrudno znaleźć sposób. Dobrze zorganizowani Farerzy byli bliscy sprawienia sensacji w Poznaniu. U siebie, na sztucznej trawie, poczują się jeszcze pewniej. Nie stoją na straconej pozycji. Czegoś takiego w futbolu nie ma. Piłkarze z Aarhus, ośmieszając w Poznaniu Lecha, poczuli się prawie w Lidze Mistrzów, ale Azerowie szybko sprowadzili ich na ziemię. A Lechitom jeszcze bardziej wstyd widząc, jakiej „potędze” ulegli.
Piłkarze Lecha mają bez porównania wyższe umiejętności niż przeciwnicy, ale nie tylko z graczami Klaksvik muszą się zmierzyć. Także z tzw. czynnikami obiektywnymi. Na Wyspach Owczych znajduje się tylko jedno lotnisko, lądowanie wymaga specjalnych uprawnień. Jedyny hotel znajduje się w Klaksvik, miasteczku oddalonym o godzinę jazdy od tego lotniska. Kolejną godzinę trzeba pokonać w drodze do stolicy Torshaven, gdzie znajduje się stadion Tórsvøllur, na którym rozegrany zostanie czwartkowy mecz. Obiekt klubowy w Klaksvik zajmie inna tutejsza drużyna, też walcząca w eliminacjach pucharowych. Z powodów logistycznych, nie chcąc narażać piłkarzy na niepotrzebne podróże, Lech rezygnuje ze środowego oficjalnego treningu.
Decyzja ta jest ryzykowna, bo trzeba będzie grać na nieznanej sobie, plastikowej nawierzchni, z którą Lechici się zetkną dopiero na przedmeczowej rozgrzewce. Sprzyja to gospodarzom, stale grającym w takich warunkach. Trzeba będzie wystrzegać się cechujących Lecha błędów i niedokładności, bo na szybkiej nawierzchni może się to okazać kosztowne. Trener Frederiksen zna ten stadion, grał tam prowadząc duńską młodzieżówkę, mecz był zwycięski. Twierdzi, że warunki nie są złe. Sprawia wrażenie spokojnego o awans.
W Poznaniu goście narobili Lechowi kłopotów, zmusili go do przysłowiowego bicia głową w mur. U siebie to im nie wystarczy, muszą strzelić gola, dlatego Antoni Kozubal spodziewa się spotkania bardziej otwartego, co powinno stworzyć większe możliwości w ofensywie, stworzy się przestrzeń między liniami. Nie wiadomo zresztą, jak gospodarze się ustawią, być może wciąż będą się bronić próbując wykorzystać któryś ze stałych fragmentów gry. Lech musi być uważny w obronie, a tak się nieszczęśliwie złożyło, że na Wyspy Owcze nie poleci Terry Yegbe. Nie będzie tam także Yannicka Agnero. Obaj gracze, nie będący obywatelami Unii Europejskiej, mają problemy z załatwieniem wiz wjazdowych. Jest to więc dla trenera dodatkowy kłopot. Parę obrońców muszą stanowić Skrzypczak i Mońka, w rezerwie pozostanie Douglas, który już wyleczył uraz i trenuje z drużyną.
Antoni Kozubal przyznał, że drużyna podczas ostatniego treningu przed meczem będzie ćwiczyć wykonywanie rzutów karnych. Frederiksen, który kiedyś twierdził, że tego elementu trenować nie trzeba, bo podczas meczu wykonuje się to w innych warunkach, teraz słowa swego zawodnika potwierdził.



