W kluczowych meczach przeciwko głównym rywalom piłkarze Lecha dowiedli, że nie są mentalnie gotowi na zdobycie mistrzostwa. Nagubili też sporo punktów grając przeciwko słabszym drużynom, gdy nie potrafili się zmobilizować, wykazać woli walki. O dużej klasie tej drużyny, o jej roli faworyta mówiło się głównie po pięknych zwycięstwach, gdy ujawniła się klasa czołowych w całej lidze piłkarzy, luz w grze. Takimi pojedynczymi wyczynami można błysnąć, ale tylko na chwilę. Tytułu się w ten sposób nie zdobędzie.
Najbardziej wszystkie słabości Lecha zostały obnażone w Białymstoku. Wszyscy do znudzenia powtarzali, że chcąc pokonać dobrze zorganizowanego, potrafiącego zdobywać bramki, ale wycieńczonego pucharową rywalizacją przeciwnika, trzeba grać intensywnie, dominować, szybko biegać, zniechęcać do walki. Udawało się to tylko przez niecały kwadrans. Potem, z minuty na minutę, wszystko się sypało, a po stracie bramek Lech zrobił się bezradny jak dziecko, zaliczył porażkę, po której na czoło tabeli już chyba nie wróci. Argumenty piłkarskie znalazłby, gdyby chciał, ale nie jest odporny psychicznie i prawdopodobnie nie było to jego ostatnia w sezonie porażka. A poniósł ich już siedem, co jest liczbą zastanawiającą.
Kiedy Lech się rozkręci, złapie rytm, trudno go powstrzymać. Jest jednak przy tym wrażliwy na zakłócenia tego rytmu. W meczu z „Jagą” szło mu dobrze na początku, gdy czuł się pewnie, wiele mu wychodziło, a rywal wydawał się być zagubiony i chyba rzeczywiście zmęczony. Niestety w kilka minut stracił dwóch ważnych piłkarzy. Milić, dla którego trener znalazł nowe miejsce na boisku, mogąc dzięki temu korzystać z trzech wysokich środkowych obrońców, doznał urazu. Zastąpienie go Gurgulem nie było zmianą drastyczną. Natomiast strata Sousy natychmiast stała się zauważalna. Lech przestał grać szybko i kreatywnie w środku boiska i blisko bramki rywala. Wejście na boisko Jagiełły oznaczało zastąpienie piłkarza najlepszego w drużynie najgorszym. To musiało się przełożyć na wynik.
Lech ma bardzo dobrych graczy w składzie. W tym kluczowym meczu kilku z nich zagrało poniżej swych możliwości. Hakans tym razem nie pomógł rozmontować obrony przeciwnika. Kozubal rozegrał jeden ze swych słabszych meczów, powodował straty, mylił się w rozgrywaniu akcji. Rasmusen był mniej dynamiczny i dokładny niż ostatnio, słabszy w defensywie. Walemark potrafi niemal w pojedynkę wygrywać mecze, ale występując na boisku od początku i mając dobry dzień. W Białymstoku trener sięgnął po niego zbyt późno. Szwed starał się, wspólnie z Pereirą rozruszał prawą stronę boiska. Wtedy jednak chodziło już tylko o ratowanie wyniku, a obecny Lech jest w tym słaby, nie potrafi przyspieszyć, wykrzesać z siebie energię wtedy, gdy jest ona najbardziej potrzebna. Gra tak, jakby pogodził się z wyrokiem.
Jagiellonia zademonstrowało to wszystko, czego nie znajdziemy u Lecha. Przede wszystkim wolę walki, odporność psychiczną. Nie przejęła się szybką stratą bramki i dominacją Lecha. Opanowała sytuację i skorzystała z głównej swej broni: umiejętności zdobywania bramek. Jej gracze wiedzą, co robić, by jak najszybciej stworzyć zagrożenie, wykorzystać luki w defensywie przeciwnika. To dzięki temu zaszła tak wysoko w Lidzie Konferencji. W przeciwieństwie do niej Lech w niektórych meczach niemiłosiernie się morduje próbując dojść do sytuacji bramkowych, jego ataki pozycyjne drażnią widzów jednostajnością i przewidywalnością.
I Raków, i Jagiellonia mają wypracowane i wciąż doskonalone schematy w ofensywie. U Lecha takich brakuje. Nieobecność Sousy przy gorszym dniu Kozubala, słabsza postawa jedynego napastnika, zostawianie na ławce Walemarka wytrącają Lechowi atuty. Może liczyć na klasę Gholizadeha, jedno lub drugie mistrzowskie jego zagranie, ale na tym automatyzmów się nie zbuduje. Do tego dochodzą braki zastanawiające: nieumiejętność wykorzystywania rzutów rożnych i kulawe wyprowadzanie kontrataków. W tej drugiej specjalności Jagiellonia jest mistrzem, co widzieliśmy przy drugiej jej bramce.
Niels Frederiksen wykonał w Poznaniu kawał dobrej roboty. Wziął w garść drużynę rozbitą po tragicznym sezonie, przygotował ją fizycznie, szybko wpoił nowe zasady, nauczył intensywności, wykorzystywania polotu klasowych graczy. Efekt – fotel lidera na kilka miesięcy. Wiosną wszystko to się rozwiewa, ujawniają się kolejne braki, szczególnie mentalne. Jeśli w obecnej, nieciekawej sytuacji weźmie ten zespół w garść, nauczy go walki i skuteczności, okaże się trenerskim arcymistrzem. Nie wszystko stracone, zostało wiele spotkań do rozegrania. Już w najbliższym, we Wrocławiu zobaczymy, czy Lech wciąż jest w walce o mistrzostwo.



