Kiedy nie przegrali sami z sobą, pokonał ich Marciniak
Czas mija, ale wściekłość na Szymona Marciniaka nie. Okazał się głównym aktorem warszawskiego meczu. Powinien pozostawać w cieniu, nie przeszkadzać, rozwiewać wątpliwości, a właśnie zabawił się w pierwszego po Bogu i według własnego widzimisię wskazał zwycięzcę. Skorzystał z tego, że piłka przypadkowo trafiła Kostewycza w rękę. W pierwszej połowie nie wyrzucił z boiska Jędrzejczyka za uderzenie Situma, a Eduardo za brutalny faul.