Niebawem skończy 25 lat. Jest Argentyńczykiem, ale jego rodzina ma włoskie korzenie. Ma też paszport hiszpański, a przez ostatnie lata grał w klubach słowackich. Właśnie dlatego nie ma problemu z szybką nauką języka polskiego, choć żartuje, że lepiej wychodzi to trenerowi. Oprócz tego posługuje się hiszpańskim, angielskim, niemieckim, słowackim. Jest środkowym obrońcą, w Lechu jednak zaczął występy od lewej strony boiska. Jak twierdzi, nie robi mu różnicy, gdzie go trener wystawia, byle tylko pojawiać się na boisku, zaliczać minuty.
Pierwszy występ przy Bułgarskiej miał niezbyt udany. W drugiej połowie spotkania przeciwko Koronie popełnił juniorski faul w polu karnym. Na szczęście Matus Putnocky świetną interwencją zapobiegł stracie bramki, były Lechita Jacek Kiełb „jedenastki” nie wykorzystał. W dowód wdzięczności winowajca zaprosił Słowaka na kawę, za którą zresztą zapłacił… Matus, bo poprzednim razem stawiał Vernon. Następnym razem znów fundatorem będzie obrońca.
Jak twierdzi Argentyńczyk, poziom ligi polskiej jest wyższy niż słowackiej. Lepsze jest tu wszystko, i poziom gry, i atmosfera na meczach, i organizacja. Na najciekawsze mecze ligi słowackiej przychodzi najwyżej 8 tysięcy widzów, gdy Lecha z widowni wspiera ok. 20 tysięcy kibiców. Zdaniem De Marco, Lech ma najlepszą drużynę w ekstraklasie, więc nie musi się obawiać czekających go meczów z czołowymi drużynami. Na razie o nich nie myśli. Zawsze skupia się na najbliższym spotkaniu. Teraz liczy się tylko powrót z Wrocławia z trzema punktami.



