To samo miejsce, ten sam miesiąc, ale rok później. A jaka różnica! Ile się wydarzyło przez ten czas! Lech, uznany za chorego człowieka polskiego futbolu, za śmieszny, minimalistyczny klub, którego władze odpuszczają walkę o trofea powierzając drużynę jednemu z pracowników, następny sezon kończy z mistrzostwem. To pokazuje, jak przewrotna bywa historia. I jak wiele można stracić teraz, jeżeli znów się odpuści, nie wykona kolejnych kroków w stronę rozwoju, nie pójdzie za ciosem. Tak było przecież z trzema poprzednimi mistrzostwami.
Radość po pokonaniu Piasta była gigantyczna, ale zanim stała się faktem, trzeba było przeżyć ogromną niepewność, w końcówce nawet wstydzić się za katastrofalną grę Kolejorza. Do nieszczęścia brakowało centymetrów i sekund, wszystko zawisło na cieniutkim włosku. Gdyby zamiast radości przyszło nam przeżyć załamanie, trener uznany by został za groźnego szaleńca, który po kolei pozdejmował z boiska wszystkich swoich klasowych zawodników dając szansę nastolatkom, sięgnął nawet po Fiabemę, o którym wiadomo, że potrafi wszystko oprócz posługiwania się piłką. Dobry trener musi mieć szczęście. Frederiksenowi ono dopisało, i to w decydującym momencie. Mógł wszystko stracić, a jest podziwiany, noszony na rękach.
Ten ostatni mecz symbolizuje cały sezon, także całą drużynę. Lechowi można wszystko zarzuć, oprócz tego, że zachował równą formę przez całe rozgrywki. Wprost przeciwnie. Stać go było na mecze fantastyczne, po których był wychwalany, stawiany jako wzór, jako drużyna wyrastająca ponad poziom ligi. Były jednak i takie, gdy nie próbował nawiązywać walki z ekipami o bez porównania mniejszych możliwościach. Szczególnie często wydarzało się to wiosną, kiedy byliśmy już pewni, że wszystko przepadło, i to na własne życzenie.
Piękne mecze przeplatały się z beznadziejnymi, ale to samo mogliśmy mówić o spotkaniach pojedynczych, gdy po mistrzowsko rozegranej pierwszej połowie druga zamieniała się w swoje przeciwieństwo, klasowi zawodnicy zamiast grać w piłkę, wykopywali ją spod własnej bramki, stwarzali kolejne szanse przeciwnikom.
Nie tylko gra była „od ściany do ściany”. To samo można było powiedzieć o składzie. Lech ma najlepszych piłkarzy w lidze. Brylowali Sousa i Gholiozadeh. Walemark, gdy mógł pojawić się na boisku, potrafił wygrywać mecze w pojedynkę. Klasę potwierdzał Ishak, nietuzinkowe umiejętności prezentował Hotić. Bez nich nie byłoby mistrzostwa, bo inni zawodnicy odstawali o kilka klas. Trener odważnie, wręcz straceńczo sięgał po młodzież, która jest nadzieją klubu, ale na razie wszystko kończy się na potencjale, na umiejętności trzeba poczekać. Trudno zliczyć punkty zmarnowane po błędach tych chłopaków, za jakie nikt ich zresztą nie wini. Tym bardziej, że czasami byli skazani na grę, gdy wysypywali się kolejni zawodnicy. Lech nie miał głębi składu. Junior Gurgul był jedyny na swej pozycji.
Wydawałoby się, że chcąc wywalczyć mistrzostwo kraju, trzeba grać równo i wykazać dużą odporność psychiczną. Lech równo nie grał, a sfera mentalna piłkarzy budziła krytykę. Bywaliśmy pewni, że spanikowani piłkarze nie udźwigną ciężaru. Udźwignęli, a ostanie trzy mecze, doprowadzające kibiców do palpitacji, przejdą do historii. Za każdym razem, w Warszawie, Katowicach, przy Bułgarskiej, brakowało niewiele, by szanse na tytuł przepadły. Wszystkie te próby nerwów Lech przetrwał. Mistrzostwo mógł, a nawet powinien zapewnić sobie wcześniej, ale po co, gdy można najpierw zdemolować układ nerwowy tysiącom kibiców.
Wybaczamy. Dziś jesteśmy z naszych piłkarzy dumni. Nawet jeśli nie zawsze i nie z wszystkim sobie radzili, to okazali się najlepsi. Tytuł trafił w godne ręce.



