Bezradny, niezorganizowany, zniechęcony. Lech nie sprostał Widzewowi

Co się dzieje z Kolejorzem? Przegrał drugi mecz z rzędu, nie poradził sobie ze słabym Widzewem. Do niczego nie przydaje się szeroki skład, gdy rotacja przebiega „od ściany do ściany”. W środę grali zawodnicy najlepsi, ale mocno zmęczeni, pozbawieni energii. W sobotę wszystko zmienia się o sto procent, tylko rezultat jest podobny. Największa prawdopodobnie jakość w lidze, czyli Ishak, Gholizadeh, Rodriguez, Walemark, pozostała na ławce. Gwiazdy wchodzą na boisko, gdy po błędach taktycznych trzeba ratować wynik, ale są bezradne. Widzew zdobył bezcenne punkty, bo zależało mu bardziej niż Lechowi.

Od pierwszych minut obie drużyny zmuszone były walczyć przede wszystkim z dziurawym boiskiem. Nie tylko to było jednak przyczyną fatalnej gry. Widzew chciał panować nad wydarzeniami, prowadzić grę. Po Lechu było widać, że w tym personalnym ustawieniu zwyczajnie sobie nie radzi. Podania były celne tylko na własnym boisku, próby skonstruowania akcji zaczepnych paliły na panewce. Goście byli tak słabi, że trudno im było w ogóle zbliżyć się do łódzkiego pola karnego. Wyglądało to okropnie.

Dopiero po 20 minutach ślamazarny dotychczas, nieporadny Lech zaczął poruszać się trochę szybciej, przede wszystkim na połowie przeciwnika. Piłka nareszcie krążyła między zawodnikami, pojawiły się nawet wejścia w pole karne i strzały, początkowo niegroźne. Widzew coraz częściej wycofywał się w komplecie na swoje pole karne, inicjatywa należała do Lecha, a jej owocem był gol skonstruowany przez tych, co niespodziewanie pojawili się na środku boiska. Ouma wykonał prostopadłe podanie pod bramkę, piłkę przejął Thordarson i posłał ją z ostrego kąta „pod ladę”.

Wydawało się, że teraz będzie łatwiej, bo Widzew sprawiał wrażenie boksera zamroczonego mocnym ciosem. Lech rzeczywiście nacierał, wydawał się być panem sytuacji, ale wystarczył błąd taktyczny – strata piłki pod bramką Widzewa i kontratak – by wszystko się zmieniło. Gospodarze rozegrali składną akcję, a Alwarez mocnym ciosem pokonał Mrozka i mecz zaczynał się od nowa. Tyle, że Lech wciąż grał powoli, co nie znaczy, że dokładnie, notował straty w ataku narażając się na kolejne kontry. Trener nie odrobił lekcji, nie widział, że Widzew wyraźnie złapał wiatr w żagle i czyha na kolejne okazje do wykorzystania pomyłek gości.

Po przerwie sytuacja się powtórzyła: Lech prowadził grę powolnie, z namaszczeniem. Po jednym z pierwszych ataków w drugiej części meczu stracił jednak piłkę pod polem karnym Widzewem, co wywołało kolejny szybki atak gospodarzy zakończony golem. Wnioski wyciągnięte nie zostały. Lech już przegrywał. Dopiero wtedy trener uznał, że żarty się skończyły, zbyt wielu ma na boisku niezaangażowanych w grę statystów, takich jak Agnero. Wprowadził do gry Ishaka, Gholizadeha, Rodrigueza. Przyniosło to błyskawiczny skutek w postaci strzelonego gola, niestety z pozycji spalonej. Potem jeszcze na boisko wszedł Walemark, a na ostatnie minuty Periera, ale zmiany to nie przyniosło.

Lech do końca próbował atakować, ale czynił to w sposób nieskoordynowany i niedokładny, marnował akcję po akcji. Widzew nie musiał się wysilać w obronie, by nie pozwolić sobie zrobić krzywdy. Kolejorz był chaotyczny, dramatycznie bezproduktywny, koronkowej grze nie sprzyjało boisko. Jednak Skrzypczakowi w doliczonym czasie niewiele brakowało do strzelenia gola.

Udostępnij:

Podobne