Jak to dobrze, że trener Niels Frederiksen oglądał mecz Lecha przeciwko KI Klaksvik z wysokości trybun. Stamtąd lepiej widać, na jakie brakoróbstwo, na jaką niechlujność pozwalają sobie jego podopieczni. Jako murowani faworyci z wielkim trudem skromnie wygrali z Farerami dając popis ofensywnej nieudolności, prześcigając się w niecelnych podaniach i stratach. Awans do następnej rundzie wisi na włosku. Rewanż trzeba zagrać na sztucznej trawie, ale nie to będzie największym zmartwieniem mistrza Polski, lecz ostatnie problemy z samym sobą.
Ten mecz miał być dla Lecha spacerkiem. Tymczasem spacerowe było tylko tempo rozgrywanie akcji. Trener zapowiedział, że sposobem na rozszczelnienie zmasowanej defensywy gości będzie szybkość rozgrywania. Piłkarze tych słów do serca sobie nie wzięli. Grali tak, jakby już przed meczem awans mieli pewny. Tempo ich akcji było ślamazarne, stali na boisku z piłką przy nodze, bo nie wiedzieli, co z nią zrobić. Na skrzydłach nie działo się nic, przez całe spotkanie gospodarze pchali się coraz węższym korytarzem w środku boiska, gdzie nie mieli szans się przebić.
Goście z dalekich wysp, wbrew przewidywaniom, nie ograniczali się do defensywy. Cofali się w komplecie pod własną bramkę, gdy Lech miał piłkę, ale często przenosili grę na jego połowę. Kilka razy znaleźli się blisko bramki Lisa, zabrakło im jednak umiejętności, by oddawać celne strzały. Lech też nie uderzał często, ale kilka razy celnie. Farerski bramkarz popisał się kilkoma paradami, zatrzymując strzały Sayyadmanesha i Walemarka. Miał tez szczęście, gdy Irańczyk trafił w poprzeczkę. Piłkarze z Klaksvik okazali się też mistrzami zwalniania tempa, zabijania meczu, a izraelski sędzia tylko udawał, że ich dyscyplinuje. Prawie połowa meczu została, na oczach arbitra, skradziona.
Do przerwy gol nie padł i wszyscy obecni na stadionie byli pełni obaw o wynik, zdegustowani niezborną grą Lecha, nieskutecznością, brakiem pomysłu na ten mecz. Mieli go natomiast dobrze zorganizowani goście. Mądrze się bronili, dobrze wyprowadzali piłkę, nie pozwalali jej sobie odebrać. W dodatku tuż po przerwie stworzyli poważne zagrożenie dla Lecha i byli bliscy skarcenia faworyta. Do podobnych sytuacji dochodziło jeszcze kilka razy, a po jednym z rzutów rożnych piłka zatańczyła na poprzeczce. To, co wyczyniał mistrz Polski, nie było nawet biciem głową w mur. Do tego trzeba trochę energii, a Lech, szczególnie Gurgul i Kozubal zwalniali akcje. Jeżeli było podania do przodu, za linię obrony, to zawsze niecelne. Mnóstwo szans zostało w ten sposób zmarnowanych. Nieliczni tym razem widzowie coraz częściej nieprzemyślane zagrania kwitowali gwizdami.
Kiedy goście odkryli, jak słaby jest tego dnia Lech, grali coraz odważniej, coraz liczniej przebywali na jego połowie. I to się na nich zemściło, ale dopiero 10 minut przed końcem. Bohaterem meczu, choć nie wiadomo, czy ojcem awansu, okazał się Yannick Agnero. Niewiele mu początkowo wychodziło, gdy zastąpił Sayyadmanesha, wreszcie jednak stać go było na zryw. W kluczowym momencie z dobrej strony pokazał się Ishak, który tego dnia marnował szansę za szansą, był wielkim nieobecnym. Tym razem podał do Iworyjczyka stojącego samotnie na linii środkowej, a ten popędził na bramkę. Rywale próbowali go dogonić, nie dali jednak rady, nie pomógł też tym razem bramkarz i padł gol, który daje nadzieję na wyeliminowanie zespołu z peryferii Europy i futbolu.
O dziwo goście rzucili się do odrabiania strat, a broniący się przed nimi rozpaczliwie Lech sprawiał żałosne wrażenie. Wybijał bezładnie piłkę, nieudolnie kontratakował. Stworzył sobie jednak kilka okazji bramkowych, za każdym razem je marnując. Największe pudło zaliczył Ishak nie trafiając głową z metra. W czasie przedłożonym o 5 minut szanse miały obie drużyny.



