Kanonada na remis. Takiemu Lechowi do mistrzostwa daleko

Wynik 3:3 sprawia wrażenie straty punktów przez Kolejorza, ale biorąc pod uwagę przebieg meczu z GKS Katowice, a zwłaszcza katastrofalną postawę w pierwszej połowie i we fragmentach drugiej, uratowanie się przed murowaną wydawało się porażką jest sukcesem. W tym spotkaniu bardziej na zwycięstwie zależało gościom, którzy wykorzystywali brak defensywnego pomocnika i liczne błędy w obronie lidera tabeli. Paradoksalnie końcówka należała do Lecha, który miał szansę zakończyć strzelaninę zwycięskim golem.

Pierwsza zła wiadomość przyszła jeszcze przed meczem, gdy okazało się, że nie może grać Milić. Niepokój był uzasadniony, obrona Lecha rzeczywiście się nie spisała, a jest to określenie najłagodniejsze z możliwych, była ośmieszana przez gości. Kiedy gra się zaczęła, okazało się, że na boisku występuje tylko jedna drużyna. Lecha po prostu na nim nie było. Nie konstruował żadnych akcji, większość jego podań nie trafiała do celu. GKS od początku stosował aktywny pressing, miał więcej sił, wyprzedzał rywala, dziecinnie łatwo odbierał mu piłkę, po prostu go tłamsił. Kolejorz wyglądał tak, jakby to on trzy dni temu stoczył ciężki, 120-minutowy pojedynek w Pucharze Polski.

Najgorszym graczem na boisku był Kozubal. Jego błędy mogły być kosztowne, a mylił się i w środku boiska, i pod własnym polem karnym. Znaczna część pierwszej połowy toczyła się pod dyktando ciągle atakującej Gieksy. Już w pierwszych minutach wykonała wiele rzutów rożnych. Kiedy Lech przejmował piłkę, to na krótko, niemal natychmiast ją tracił, mimo iż akcje swe rozgrywał ślamazarnie, bezpiecznie w środku pola, tylko kilka razy przeprowadził atak z pierwszej piłki. Na zakończenie pierwszej połowy Ishak oddał dobry strzał, jedyny celny, obroniony jednak przez Strączka, który w drugiej połowie okazał się być bohaterem meczu.

Przez całą pierwszą połowę bramka dla gości wisiała w powietrzu, Lech się o nią po prostu prosił. W końcu Czerwiński, były gracz Lecha, posłał podanie w pole karne. Piłka leciała długo i wysoko, można było zareagować, wybronić się. Defensorzy Lecha przyglądali się jednak, jak Marković przejmuje ją na głowę i kieruje do bramki. Pereira udawał, że mu przeszkadza, jego koledzy byli daleko. W pierwszej, przedłużonej o 6 minut z powodu zadymienia stadionu połowie nic już się nie zmieniło, za to już dwie minuty po przerwie był remis, po tym, jak kopnięta w stronę bramki piłka odbiła się od brzucha obrońcy Gieksy Jędrycha.

Wydawało się, że mimo fatalnej postawy w pierwszej połowie Lech postawi jednak na swoim, ogarnie się i zwycięży. Gościom zależało na tym jednak bardziej, a w dodatku mieli przed sobą drużynę grającą bez „szóstki” i bez obrońców. Już kwadrans po przerwie Lech znów przegrywał, gdy Shkurin otrzymał podanie od Nowaka i ośmieszył zwodami Pereirę, nie dał szans Mrozkowi. Kolejne minuty wciąż należały do lepiej zorganizowanych, panujących w środku pola, tłamszących Lecha pressingiem gości. Tylko raz udało mu się wyjść zwycięsko z twardej walki o piłkę w środku pola. Palma podał do rezerwowego Hakansa, ten rozpędził się w swoim stylu, nie dał szans ścigającym go obrońcom i w pełnym biegu mocnym strzałem lewą nogą w 74 minucie wyrównał stan meczu.

Koniec problemów Lecha? Nic z tego. Wciąż grał źle, był bezbronny, nie potrafił powstrzymywać ataków nacierającego GKS-u, który już po czterech minutach znów prowadził po dobitce Markovicia. Obrona kolejny raz nie stanęła na wysokości zadania, błąd popełnił Gurgul. Na stadionie zrobiło się cicho. Wydawało się, że emocje właśnie się skończyły, słabiutki Lech już się nie podniesie. A jednak wrócił do meczu już po dwóch minutach, gdy po asyście Gholizadeha gola zdobył rezerwowy Palma. Choć bramka wydawała się prawidłową, VAR bardzo długo mierzył pozycję strzelca dopatrując się spalonego. Gol został uznany i zaczęła się wielka nerwówka, bo goście atakowali składnie i z pasją, bezbronnego w defensywie Lecha też było stać na zrywy. Agnero był o włos od gola, bramkarz z trudem odbił jego strzał głową.

W związku z licznymi przerwami, gdy goście „umierali” po faulach, a VAR zabrał mnóstwo czasu, sędzia przedłużył mecz aż o 8 minut. W tym czasie Lech głównie się bronił przed atakami GKS-u, ale Hakans mógł zdobyć zwycięskiego gola. Bramkarz z trudem go zatrzymał, doznał przy tym kontuzji, udzielanie mu pomocy zabrało kilka minut. Lech nie miał okazji spróbować jeszcze raz. Sędzia Sylwestrzak przypilnował, by nic już się nie wydarzyło. Nie wziął pod uwagę, że udzielanie medycznej pomocy zabrało połowę czasu doliczonego.

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny