Nie udało się przywieźć zwycięstwa z Białegostoku, choć niewiele do niego brakowało – determinacji i trochę szczęścia. Strata punktów nie przełożyła się na sytuację w tabeli. Jagiellonia też ich nie wywalczyła, więc nie nadrobiła dystansu do Lecha. Wciąż jednak możliwe jest wszystko. Zwyciężanie w kolejnych meczach, począwszy od najbliższego, jest najwyższą koniecznością. Trener ma rację: walka potrwa do ostatniej kolejki.
Mecz rozegrany w Wielką Sobotę cechował się dużą ostrożnością wykazywaną przez jedną i drugą drużynę. Nie było stawiania na jedną kartę, zdecydowanych ataków. Była gra w środku boiska i próby atakowania w taki sposób, by nie narazić się na kontratak. Po przerwie gospodarze ruszyli do przodu nieco odważniej i drogo ich to mogło kosztować, gdy z wolnej przestrzeni skorzystał Hakans, a wykorzystujący jego odegranie Ishak był o włos od strzelenia gola. Im bliżej końca meczu, tym bardziej Lechowi zależało na przetrwaniu. Przeprowadzane zmiany nie mogły przybliżyć go do zwycięstwa.
Wygląda na to, że Lech odpuszcza Palmę. Za piłkarza grającego tak, jak w październiku i listopadzie, można byłoby wydać kilka milionów euro, zwłaszcza gdyby udało się wynegocjować u Szkotów z Celticu upust. Wtedy jeszcze wydawało się, że Honduranin przerasta całą ligę, wart jest wielkich pieniędzy. Zjazd formy tego piłkarza staje się dramatyczny. Trudno o wiarę w restart. Kiedyś pozostawienia go na ławce byłoby marnotrawstwem. W Białymstoku trener wpuścił go na boisko w czasie doliczonym, niczym juniora oswajającego się z ligową atmosferą, pomagającego przy okazji zarobić ważne sekundy.
Nie tylko Palma szuka formy. Także gra Walemarka to jeszcze nie to, na co wszyscy w Poznaniu czekają. Szwed przynajmniej robi postępy, wykazuje potencjał, dochodzi do dobrych okazji bramkowych, oddaje groźne strzały. Z czasem jednak wyłącza się z gry, jest go coraz mniej, aż prawie zanika, zaczyna przypominać Agnero. W Białymstoku jeszcze bardziej dyskretnie zagrał jego rodak Bengtsson. Trudno się w tej sytuacji dziwić, że przez cały mecz Kolejorz przeprowadził tylko kilka groźniejszych akcji. Rzadko mu się zdarza nie strzelić ani jednego gola. Inna sprawa, że w tym sezonie jeszcze rzadziej gra na zero z tyłu, choć wiosną nastąpiła poprawa.
W Białymstoku zabrakło podpory defensywy – Wojtka Mońki, który ze zgrupowania młodzieżówki wrócił z infekcją. Można było mieć obawy o wynik, bo w drużynie pozostało tylko dwóch środkowych obrońców – Skrzypczak i Milić, przy czym o tym pierwszym nie powiemy, że jest niezawodny. Tym razem niczego nie zawalił. Przez większość spotkania grał poprawnie. Zdarzyło mu się przed własnym polem karnym zagrać w poprzek boiska myląc się dramatycznie, na szczęście jego byli koledzy byli na tyle taktowni, by z prezentu nie skorzystać.
Milić zobaczył żółtą kartkę na samym początku meczu i potem musiał bardzo uważać. Wytrzymał psychicznie i fizycznie. Gdyby konieczna była zmiana, jedynym ratunkiem byłoby wejście Gurgula do środka i gra na boku Moutinho. Lech słynie z szerokiego składu, ale nie dotyczy to wszystkich formacji. Frederiksen z konieczności wprowadza innowacyjne rozwiązania taktyczne – obywa się bez defensywnego pomocnika. Na razie wyniki go bronią, w lepszej lidze taki eksperyment byłby kosztowny. Nadzieje na powrót Murawskiego jeszcze w tym sezonie maleją z każdym tygodniem. Sytuację poprawi Jagiełło, który zresztą, podobnie jak inni pomocnicy (zwłaszcza słaby w Białymstoku Rodriuguez), nigdy nie był klasyczną „szóstką”.



