Nie byłoby czego świętować, gdyby klub nie postawił na tego trenera. W wyborze Nielsa Frederiksena pomogła specjalistyczna firma, przedstawiając propozycje szkoleniowców o określonym profilu. Podpowiedziała, władze Lecha dokonały wyboru spośród kilku propozycji, i mamy to, co mamy, czyli mistrzostwo, w które przed sezonem nikt by nie uwierzył. Nie wolno zapominać, jaką opinię miał klub wśród własnych kibiców i w całej Polsce.

Po wejściu na Bułgarską w 2006 roku inwestora z Wronek, pierwsze mistrzostwo przyszło w 2010 roku. Wtedy jeszcze nikt nie mówił „dopiero”. Franciszek Smuda miał komfort pracy i zaufanie, spokojnie budował zespół potrafiący zdominować ligowe rozgrywki, błyszczeć w Europie. Sukces odniósł jego następca, Jacek Zieliński. Miało pójść potem z górki, Lech fantastycznie spisał się w Europie rywalizując z wielkim Juventusem i jeszcze większym Manchesterem City. Na kolejny sukces trzeba było czekać pięć lat, jego autorem był Maciej Skorża. Następny przyszedł jeszcze później, po siedmiu latach i był efektem ponownego zaangażowania tego trenera. Klub poszedł wtedy na całość, mocna i szeroka kadra musiała uczcić stulecie Kolejorza. I uczciła. Gdy stało się to faktem, nie było pójścia za ciosem.

Wydawało się, zwłaszcza po odejściu Skorzy, że na kolejne mistrzostwo klub o wielkim potencjale, o wciąż niespełnionych oczekiwaniach największej widowni w kraju, znów poczeka długie lata. Blamaż w poprzednim sezonie opinię o nieprofesjonalnym zarządzaniu podtrzymywał. Aż na Bułgarską trafił Duńczyk, który wszystko przeobraził w mig. Jeszcze latem, zanim ruszyły rozgrywki, krążyły informacje o szybkich przeobrażeniach w zespole, o intensywnych treningach z myślą o stosowaniu aktywnego pressingu i ciągłej ofensywy. Już pierwsze mecze to potwierdziły. Lech w niczym nie przypominał zagubionej, sponiewieranej ekipy sprzed kilku tygodni. Wygrywał, szybko został liderem, grał pięknie i skutecznie.

Obyło się bez radykalnych wzmocnień, kadra nie była szeroka. Krytyka była wielka, bo klub jak zwykle długo zwlekał ze sprowadzaniem piłkarzy, a na domiar złego skupił się na niższych ligach skandynawskich sięgając po graczy, wydawałoby się, nijakich. Niektórzy z nich potwierdzili te opinie, ale obrońca Douglas okazał się strzałem w dychę. Hakans potrzebował czasu i zdrowia, by pokazać walory, głównie szybkościowe. Późno, bo późno, ale udało się pozyskać klasowych Walemarka i Carstensena. Ale nie oni, a raczej nie tylko oni zaczęli stanowić o sile Kolejorza. Frederiksenowi i jego partnerom udało się odzyskać Sousę i Gholizadeha. Im dłużej trwał sezon, tym bardziej błyszczeli.

Sezon był szalony, kibice musieli wykazać ogromną cierpliwość, wyniki były „od ściany do ściany”. Gdy wszystko się zazębiało, Kolejorz zmiatał rywali z boiska, także tych z najwyższej półki. Były jednak i wydarzenia pełne wstydu, czasami zgryzoty, gdy wydawało się, że Lech nie udźwignął odpowiedzialności, polegnie w walce z samym sobą. Poniósł aż osiem porażek, żaden mistrz z poprzednich sezonów nie pozwolił sobie na taki „wyczyn”. Dla porównania – w poprzednim mistrzowskim sezonie miał ich tylko cztery. Rok temu Jagiellonia przegrała siedem razy, Raków dwa lata temu pięciokrotnie. Za to i w 2022 roku, i w tym Lech wygrał 22 mecze. Tyle, że teraz zanotował zaledwie cztery remisy, a za Skorzy aż osiem.

Lech był krytykowany niemal przez cały sezon za słabą odporność psychiczną, wykazywał brak motywacji, w niektórych momentach determinacji. Wszystko to się zmieniło w trzech ostatnich, kluczowych meczach. Doprowadził kibiców do rozstroju nerwowego, o wyniki drżeliśmy do ostatnich sekund. Wszystko dobrze się skończyło, co jest zasługą duńskiego trenera i jego partnerów ze sztabu.

Taktyka Lecha ewoluowała w trakcie sezonu, ale zasługą Frederiksena była elastyczność. Nigdy nie odszedł od gry czterema obrońcami, choć zdarzało się, że na lewej defensywie występował Milić, mając obok siebie dwóch innych centralnych obrońców. Było więc ich na boisku trzech, co stwarzało problem rywalom. Jesienią trener starał się mieć na lewym skrzydle szybkiego, robiącego zamieszanie zawodnika, choćby i Fiabemę, a na prawym takiego, który częściej schodzi do środka robiąc miejsce Pereirze lub dynamicznemu Carstensenowi. Z czasem gra skrzydłami przestała mieć duże znaczenie. Specjalnością Lecha stało się atakowanie środkiem boiska, stosowanie prostopadłych podań, szukanie możliwości szybkiej wymiany piłki. W ten sposób padło wiele bramek, niekiedy pięknych, a co nietrudno, gdy ma się w składzie Sousę i Ghlizadeha.

W wielu meczach przeciwnicy stosowali przeciwko Lechowi wzmocnioną defensywę. Gra skrzydłami i dośrodkowania byłyby dla nich wodą na młyn. Przy grze z trzema ofensywnie nastawionymi środkowymi pomocnikami robiło im się znacznie trudniej. W rozmowie z dziennikarzami trener mówił o grze trzema „dziesiątkami”, zaletach tego systemu i wykorzystaniu umiejętności potrafiących tak grać zawodników. Przy takim systemie w każdej chwili może nastąpić szybkie rozegranie i dojście do piłki gracza o nietuzinkowych umiejętnościach. Nie tylko Ali i Sousa wykorzystywali swe okazje, błyszczał też Walemark, jego nietuzinkowe uderzenia zapewniły kilka zwycięstw.

Wymyślenie takiego systemu to jedno, ale przekonanie do tego piłkarzy to inna sprawa. Trzeba samemu wierzyć w sukces, a Frederiksen zapewnił dziennikarzy, że tak było od samego początku, nigdy nie zwątpił. Nawet w momencie, gdy strata do Rakowa sięgnęła pięciu punktów, po porażkach w Białymstoku i Wrocławiu. Teraz, co najważniejsze, trener dostrzega nie tylko plusy, ale i mankamenty swej drużyny. Pytany o liczbę nowych graczy, których potrzebuje, nie daje konkretnej odpowiedzi, bo zrobić tego nie może. Zapewnia jednak, że i on, i klub mają wizję budowy drużyny, że ważną częścią pracy są dla niego rozmowy z obecnymi graczami, a liczba nowych zawodników będzie zależeć od tego, czy uda się wartościowych ludzi znaleźć i ilu z klubu odejdzie.

Trener, zgodnie z oczekiwaniami władz klubu, stawia na młodzież. Nie zawsze było to jego intencją. Często nie miał innego wyjścia. Liczba kontuzji i niedyspozycji była w zespole zastraszająca. Letnia przerwa to dobra sposobność nie tylko na podleczenie piłkarzy, ale i na analizę i zastanowienie się, co jest przyczyną tego, że piłkarze chorowali w tak dużej liczbie. Występy młodzieżowców są cenne, ale co za dużo… Zdarzało się, że Lech przestawał grać, oddawał piłkę rywalom, ograniczał się do jej wybijania. Wpływ na to miała liczba występujących na boisku nastolatków.

Józef Djaczenko

Udostępnij:

Podobne