Nowa poznańska rzeczywistość. Lech nie jest sam. Ale popularności nikt mu nie odbierze

Zmieniła nam się rzeczywistość sportowa. Już nie możemy mówić, że jest Lech, za nim długo, długo nic, a gdzieś daleko przemykają, niczym cienie, malutkie kluby, mniej liczące się dyscypliny. Teraz uwaga skupiła się na Warcie. Lechowi nie zagraża ona w popularności. Budzi jednak sympatię i z czasem może znaczyć dużo więcej. Albo wrócić tam, gdzie kryła się przez długie dekady.

W kilku polskich miastach na niemal równych prawach funkcjonują po dwa kluby piłkarskie. W Krakowie derby zwane świętą wojną rozgrywane były już na początku XX wieku, w Łodzi jest to sprawa całkiem świeża, podobnie jak w Trójmieście. W Warszawie mają Legię, pieszczocha władz, zwłaszcza armii. Kompletnie niepopularna, ale też wspierana przez władze była milicyjna Gwardia. Szczęśliwie przeszła do historii. Sentyment części warszawiaków budzi Polonia, której dziś wiedzie się marnie.

A Poznań? Potęgą była niegdyś Warta, klub wielosekcyjny, przedwojenny i powojenny piłkarski mistrz Polski. Lech był klubikiem branżowym, dzielnicowym. Po wojnie władzom nie zależało na popularyzowaniu klubu kochanego przez środowiska mieszczańskie, kupieckie. Warta piłkarska stopniowo chyliła się ku upadkowi, natomiast rozkwitał robociarski klub z Dębca, zmieniający nazwy, od początku związany ze środowiskiem kolejarskim.

Ludzie lubili chodzić na kameralny, typowo piłkarski stadion dębiecki, napawać się niezwykłą atmosferą, podziwiać snajperskie popisy Anioły i jego kolegów. Z czasem pojawili się tu także mieszkańcy odległych dzielnic, a kiedy nadeszły lata zwane karnawałem Lecha, klub ten niepodzielnie zawładnął kibicowskimi sercami. Warta przestała się liczyć, a Kolejorz stał się sportową wizytówka miasta i regionu. Tak jest od pokoleń, ojcowie i dziadkowie zarażają kibicowaniem potomków.

Lech przetrwał najtrudniejsze czasy, gdy stracił kolejowego sponsora, ratował się sprzedażą najlepszych piłkarzy i nieustannymi pożyczkami. Właśnie wtedy ludzie byli do niego najbardziej przywiązani, czuli się w obowiązku go ratować. To nie byli kibice sukcesu. Kochali swój klub chyba nawet bardziej niż dziś, gdy ma on wszelkie warunki, by zawojować nie tylko Polskę, ale tego nie robi, bo jest dość oryginalnie zarządzany.

Po niespodziewanym awansie Warty wiele osób się zastanawia, czy mogłaby ona przejąć rząd dusz. Poznańską sytuację porównuje się do łódzkiej, gdzie dzielnicowy, robotniczy Widzew stał się potęgą, zagroził ŁKS-owi. Do tego potrzebna była jedna osoba. Nie byłoby Widzewa bez prezesa Ludwika Sobolewskiego, wizjonera świetnie odnajdującego się w tamtej rzeczywistości. Wiedział, jakich potrzebuje piłkarzy, by wygrywać. Miał coś, czego trudno szukać u dzisiejszych prezesów i dyrektorów sportowych. To on z Zawiszy Bydgoszcz ściągnął młodziutkiego Bońka.

Warta nie rodzi się z niczego. Ma sympatyków, dzięki życzliwości wielu zaangażowanych osób przetrwała największą biedę. Teraz liczy na kibiców sukcesu. Do tego potrzebny jest jednak sukces. Awans w jej sytuacji organizacyjnej to niesamowity wyczyn. To nie miało prawa się zdarzyć. Czy pójdzie za ciosem? Kto oglądał jej mecze, ten wie, jak bardzo będzie to trudne. Ostatnio z ekstraklasy spadły dużo lepsze zespoły. Bez podniesienia jakości drużyny za chwilę ekstraklasa pozostanie wspomnieniem.

Kilka dekad temu nikt nie mógł przewidzieć, że to Lech, a nie Warta zawładnie sercami poznaniaków. Zielonych się lubi, dobrze się im życzy, ale Lecha się kocha. To za nim stoi wielopokoleniowa tradycja. Nie tak łatwo ją zmienić. Warta też znajdzie miejsce dla siebie. Możemy więc cieszyć się na derby normalne, nie mające związku z żadną wojną, ani świętą, ani nieświętą.

Udostępnij:

Share on facebook
Share on twitter

Podobne

Porażka na Ibrox

Godzina dobrej gry to za mało, by cokolwiek ugrać na legendarnym stadionie w Glasgow. Rangersi byli lepszym zespołem, potrafił przeczekać trudne okresy, zdominować Lecha fizycznie,

Osłabiony Lech postawi się Rangersom?

Poważne problemy trenera Żurawia. Posypała mu się drużyna przed meczem z Rangersami. Do Glasgow nie polecieli Butko, Crnomarković, Kamiński i Tiba. Stratę dwóch pierwszych można