Zwycięski, ale wciąż nieskuteczny Lech. Piast uniknął w Poznaniu pogromu

Pełny rewanż za pechową porażkę w Gliwicach. Rywal i tak miał szczęście ulegając tylko trzema golami. Mimo braku Ishaka można było strzelić 5-6 bramek. I to mimo dużych momentami problemów z kontrolowaniem meczu, z wyprowadzaniem piłki spod własnej bramki, przenoszeniem gry na połowę przeciwnika. Goście zdumiewająco łatwo tworzyli okazje bramkowe, ale Mrozka pokonać nie mogli. Lech pierwszy raz w tym sezonie nie stracił gola na własnym stadionie. I pierwszy raz wykorzystał potknięcia przeciwników zmniejszając do nich dystans.

Gdy do Poznania wraca tęgi mróz, Lech rozgrywa ligowy mecz. Tak było tuż po przerwie zimowej, sytuacja powtórzyła się teraz. Od niepamiętnych czasów występu Kolejorza nie oglądała równie mała liczba kibiców – ledwo 13 tysięcy. Kto przyszedł, nie żałował, mimo iż przez długie fragmenty można było się wściekać na słabą grę Lecha, brak kontroli nad środkową strefą boiska, nieskuteczność Agnero. Warto było wpaść na Bułgarską choćby na pierwszy kwadrans, by zobaczyć przepiękne gole.

Żaden ligowy trener nie ma takiego wyboru, jak Frederiksen. Z zawodników, których zostawił w rezerwie można byłoby stworzyć zespół walczący o czołowe lokaty w lidze. Wśród graczy, których wystawił do pierwszego składu, znaleźli się Gholizadeh i Rodriguez. Ich umiejętności spowodowały, że Piast przez prawie całe spotkanie musiał dążyć do odrabiania dwubramkowej straty.  Najpierw nierówne, choć nowiutkie boisko nie przeszkodziło Gholizadehowi w oddaniu lewą nogą pięknego, mierzonego strzału z rotacją, którego nikt na świecie by nie obronił. Po trzech minutach zagrał z prawego skrzydła do Rodrigueza, ten uderzył dla odmiany prawą nogą równie pięknie, z pierwszej piłki i trafił idealnie.

Zapowiadało się na wysokie zwycięstwo, bo pierwsze minuty należały do Kolejorza, choć inaczej by się wszystko potoczyło, gdyby to Piast objął prowadzenie, a dużo do tego nie brakowało. Stałe fragmenty w jego wykonaniu sprawiały defensywie Lecha wielkie kłopoty. Potem już gościom nie pozostało nic innego niż próbować wrócić do meczu, w czym Lech pomagał – nie był przesadnie zainteresowany kolejnymi bramkami. Miał zresztą problemy z pressingiem Piasta. Nie udawało się wychodzenie spod bramki krótkimi podaniami, a niemal wszystkie długie trafiały do przeciwników. Nie wyglądało to obiecująco, cała reszta pierwszej połowy nie była ciekawa.

Początek drugiej był jeszcze gorszy – Lech został w szatni, na boisku nie było go widać. Dał się zepchnąć do obrony, momentami rozpaczliwej, próby przejścia do strefy środkowej były nieudolne. Kozubal nie sprawdzał się w roli „szóstki”, miał kłopot z decyzyjnością, mimo iż starał się podawać tylko bezpiecznie. Defensywa była w opałach. Wspierał ją Agnero wybijając piłkę głową po dośrodkowaniach. Niemal do końca meczu była to jedyna wartość, jaką wniósł do drużyny. Kontrola nad meczem wróciła po przeprowadzeniu zmian w składzie, a zwłaszcza po wejściu na boisko Walemarka zdecydowanie górującego umiejętnościami nad rywalami. Jego rajdy środkiem boiska imponowały. Kończył je strzałami lub podaniami, co powodzenia niestety nie przyniosło. Ouma załatał dziurę w środku boiska, choć kilka jego pomyłek mogło być kosztownych.

W tym okresie Piast atakował częściej, zmuszał Lecha do rozpaczliwej obrony, ratował kolegów musiał Mrozek. Paradoksalnie jednak to Lech był bliższy dalszych goli. Ma Mrozka, a Piast Placha, który znów, podobnie jak w poprzednim meczu, bronił fantastycznie. Największą szansę bramkową zmarnował Agnero, nie wykorzystując idealnego podania Palmy. na stadionie rozległ się jęk zawodu, bo kolekcja nieprawdopodobnych pudeł Iworyjczyka rośnie. z meczu na mecz. Jednak miał on wreszcie moment wielkiej radości tuż przed końcem, gdy dobrze wyskoczył do podania Gurgula i wisząc w powietrzu nad obrońcą trafił głową do bramki. Uradowany fiknął koziołka, a powściągliwy zazwyczaj Frederiksen uniósł triumfalnie ręce, jakby ten zapewnił Lechowi trofeum.

Co więcej, za chwilę Palma pozbawił Iworyjczyka asysty. Po jego podaniu znalazł się sam na sam z bramkarzem, zwlekał jednak ze strzałem, wdał się w drybling, obrońcy zdążyli wrócić, dobijający z bliska Kozubal spudłował.

Udostępnij:

Podobne