Zaskakująco słaby Lech przegrał kolejny mecz

Przewaga Lecha nad Rakowem mogłaby, a nawet powinna wynosić 10 punktów. Wystarczyło wygrać w Gdańsku ze słabą Lechią i pokonać w Poznaniu głównego rywala. Niestety, oba te mecze zostały przegrane, oba w fatalnym stylu, bez podejmowania walki, z ujawnieniem się zaskakującej i niewytłumaczalnej słabości, także fizycznej.

Spotkanie dwóch czołowych zespołów w lidze zapowiadało się jako bardzo ciekawe. Tym bardziej, że mogli już grać ważni zawodnicy Kolejorza, Sousa i Walemark. Trener Frederiksen wystawił skład ofensywny, z dwoma szybkimi skrzydłowymi, ale i zaskakujący, bo desygnował do gry obu swych prawych obrońców, Carstensena i Pereirę, jakby nie chciał rezygnować z Portugalczyka, a Duńczyk grać musiał, bo pokazał się ostatnio jako gracz z jakością. Odcierpiał za to Gurgul, który wszedł dopiero w drugiej połowie, gdy było jasne, że Periera na lewej stronie boiska jest bezużyteczny. Słabo grał w defensywie, nie miał okazji dośrodkowywać prawą nogą. Jego obecność w tym miejscu była trenerską pomyłką.

Pierwsze minuty należały do gości, którzy zabrali piłkę i nie oddawali jej Lechowi. Dopiero po pięciu minutach gospodarze przedostali się pod bramkę Rakowa, z czego nic pozytywnego nie wynikło. Przez cały mecz, z uporem maniaka, Kolejorz próbował wyprowadzać piłkę z głębokiej defensywy krótkimi podaniami i niemal za każdym razem kończyło się to stratą i groźnym atakiem przeciwnika. Kiedy natomiast Mrozek brał sprawy we własny ręce i rozpoczynał akcję podaniem, było jeszcze gorzej, gdyż raz za razem trafiał pod nogi rywala. Cud, że dobrze zorganizowany i groźny Raków nie potrafił tego wykorzystać.

Mecz nie był porywającym widowiskiem. Co z tego, że Lech miał szybkie skrzydła, skoro były one głęboko uśpione, pressing gości unieruchamiał je, zanim Hakans lub Walemark zdążyli przekroczyć linię środkową. W pierwszej połowie padła nawet bramka dla Lecha, sędziowie dostrzegli niestety pozycję spaloną. Potem to Raków trafił do bramki Lecha, ale wcześniej faulując. Kiedy wydawało się, że zacięta, ale mało ciekawa pierwsza połowa zakończy się bez goli, w czasie doliczonym Raków wyszedł na prowadzenie, po rzucie rożnym i strzale głową Svarnasa. Mrozek został przelobowany i nic nie mógł zrobić.

Po przewie Lech spróbował zagrać wreszcie trochę intensywniej, z większą energią, ale sytuacja szybko wróciła do normy, bo piłkarze Rakowa, lepiej zorganizowani, twardsi i szybsi przejmowali piłkę i inicjowali groźne ataki. Postawa Lecha stawała się coraz bardziej żałosna, rzadko przeprowadzał akcje ofensywne, dawał się ogrywać w bezpośrednich pojedynkach, nie potrafił zawiązywać szybszych akcji, rozgrywał ślamazarnie w bezpiecznej odległości od bramki rywali. Trener zbyt późno wpuścił na boisko Thordarsona i Gholizadeha. Na końcu dał szansę nowemu nabytkowi Gonzalesowi, który owszem, pokazał się publiczności, ale tylko tyle możemy o nim powiedzieć.

Zadziwiające i dużo mówiące o formie Lecha były ostatnie minuty. Przegrywał, wypadało zaatakować, próbować ratować choćby punkt. Nie wykazywał jednak żadnej determinacji. Nie chciało mu się czy brakowało sił? Jeśli już posyłał piłkę do przodu, to większość graczy nie nadążała za akcją, za chwilę Raków przechwytywał i przechodził do ofensywy. Rozpaczliwe gesty wykonywał Mrozek po wyłapaniu piłki. Chciał ją posyłać do przodu, ale nie miał do kogo, jego koledzy ociągali się z opuszczeniem własnego pola karnego, jakby byli już potwornie zmęczeni. Co się dzieje z Lechem?

Udostępnij:

Podobne

Podwójna rywalizacja z GKS Katowice

Ponad 30 tysięcy kibiców przyjdzie w niedzielę na Bułgarską, by obejrzeć ważny i ciekawie się zapowiadający mecz Lecha z GKS Katowice. To nie będzie jedyny