To nie był dla Lecha łatwy mecz. Nie czuł się dobrze na plastikowym boisku, popełniał błąd za błędem, dawał się ogrywać szybko poruszającym się na boisku, konstruującym składne akcje Islandczykom, jednak to on strzelił jedynego w tym spotkaniu gola, dającego Polsce punkty w pucharowym rankingu krajowym. Wystarczyło mu wykorzystać błąd gospodarzy przy wyprowadzaniu piłki. W drugiej połowie stracił kontrolę nad wydarzeniami grając w nietypowym ustawieniu. Na szczęście na wysokości zadania stanęli defensorzy Mońka i Douglas.
Należało się liczyć ze zmianami w składzie Lecha w stosunku do pierwszego meczu między tymi zespołami, początkowo nie było jednak gruntownego przemeblowania drużyny. Trener dał szansę młodziutkiemu obrońcy Mońce, pokazał się Gumny, na skrzydle wystąpił Fiabema jeszcze raz dowodząc, jak wielkim nieporozumieniem jest jego obecność w drużynie. Nie wystąpili gracze z głębokiego zaplecza, a Frederiksen nie zrezygnował ani z mocno ostatnio eksploatowanego Ishaka, ani z Szymczaka. Nie można więc było mówić o znacznym osłabieniu personalnym. Dopiero po przerwie trudno było nadążyć za zmianami i przesuwaniem graczy na nietypowe pozycje.
Od zdecydowanej przewagi w posiadaniu piłki przez Lecha zaczął się ten mecz. Islandczycy wycofali się na własną połowę i nawet specjalnie nie próbowali przeszkadzać, jakby przewidywali, że gościom nic z rozgrywania piłki nie przyjdzie, gdyż gorzej czują się oni na specyficznej, plastikowej, mocno zmoczonej nawierzchni. I nie zawiedli się, gracze Kolejorza grali mało dokładnie, nie było widać ofensywnych pomysłów. Mylił się Szymczak, głupio tracił piłkę Fiabema, a Moutinho raz po raz stosował długie, bardzo niecelne podania na połowę Breidablik.
Islandczycy przeczekali ten okres i spróbowali być groźni. W przeciwieństwie do Lechowych, ich prostopadłe podania były celne i niebezpieczne. Radzili też sobie z szybkim rozgrywaniem i niespodziewanie stworzyli kilka dobrych sytuacji, trafili nawet piłką w słupek. Już było wiadomo, że trzeba mocno uważać w defensywie, bo Islandczycy kilkoma szybkimi podaniami po ziemi potrafią wyprowadzić Lechitów w pole.
Od początku Lech stosował pressing, utrudniał gospodarzom wyprowadzanie piłki. Przyniosło to skutek po pół godzinie gry. Kolejorz mocno nacisnął obrońców, doprowadził do ich pomyłki, Szymczak obsłużył Ishaka, który strzelił jednego ze swych najłatwiejszych goli. Sytuacja zrobiła się bardzo dla Lecha korzystna. Osiągnął zresztą jeszcze większą przewagę, ale na Islandczyków, znacznie pewniej czujących się na swoim boisku, wciąż musiał mieć baczenie, unikać strat piłki.
Do przerwy nic już się nie zmieniło, a na drugą połowę Lech wyszedł na boisko bez Ishaka, w miejsce którego do środka ataku przemieścił się Fiabema, a skrzydłowym został wprowadzony na boisko Palma. Od razu Islandczycy zagrali agresywniej i szybciej, nie mieli przecież niczego do stracenia, a chcieli się dobrze pokazać na pożegnanie eliminacji Ligi Mistrzów. I trzeba przyznać, że byli w tym momencie zespołem przynajmniej nie gorszym, wygrywającym indywidualne pojedynki, szybko przedostającym się pod bramkę Mrozka. Obrońcy Lecha, który „górował” tylko niecelnymi podaniami, stratami, momentami sprawiali wrażenie zagubionych. Na całe szczęście zadziwiająco dojrzale grał młody Mońka, dobrze spisywał się też Douglas..
Palma od razu popisał się szybkim rajdem, potem prostą stratą piłki przy krótkim rozgrywaniu rzutu rożnego, przez co Lech blisko był straty gola, wreszcie po jego podaniu do Fiabemy piłka niespodziewanie odbiła się od słupka islandzkiej bramki. Po 20 minutach drugiej połowy trener Lecha przeprowadził trzy zmiany wprowadzając Gurgula, Pereirę i Lismana. Ustawienie zespołu było od tego mementu nietypowe, a jeszcze bardziej, gdy na boisko, w miejsce Thordarsona, wszedł i zajął miejsce w pomocy Mateusz Skrzypczak. Trudno się w tej sytuacji dziwić, że Lech miał problemy w rozegraniu, nie konstruował ataków. Był zupełnie bezradny mając na środku ataku totalnie bezużytecznego, żałośnie bezradnego Fiabemę.
Całe szczęście, że Lechowi udało się dokończyć mecz bez straty gola, choć momentami było tego blisko.



