Przyjaźń tylko na trybunach. Beniaminek ograny w Poznaniu

Był taki moment w tym meczu, że zwycięstwo faworyzowanego Lecha zawisło na włosku, gdy dziecinnie łatwo stracił bramkę i ŁKS w kolejnych akcjach mógł doprowadzić do remisu. Filmowa bramka Velde na 3:1 załatwiła sprawę i sensacji nie było. Trzeba jednak przyznać, że Lechowi dużo brakuje do wysokiej formy. Obecna była na beniaminka z Łodzi wystarczająca. Radość ze zwycięstwa psuje stan zdrowia Afonso Sousy. Piłkarz ten wszedł na boisko w drugiej połowie, ale do końca na nim dotrwał, stracił przytomność, został zniesiony na noszach.

Po przerwach na mecze reprezentacji Lech, jak powszechnie wiadomo, nigdy nie jest sobą, nawet kiedy wygrywa, tak jak teraz. Miał szczęście, że akurat przyszło mu rywalizować z zespołem będącym na ostatnim miejscu w lidze, pozbawionym graczy wysokiej klasy. W pierwszym składzie łódzkiej drużyny grał Dani Ramirez, o kilka lat starszy i dużo słabszy niż w okresie, gdy występował w Lechu. Po przerwie został zmieniony, bo jego zespół przegrywał 0:2 i stanowił tło dla Kolejorza.

Gdyby trenem ŁKS-u wciąż był Kazimierz Moskal, oglądalibyśmy prawdopodobnie mecz otwarty, bez dramatycznego bronienia się całą drużyną. Piotr Stokowiec ustawił zespół po swojemu, ze wzmocnioną defensywą. Po co jednak desygnować niemal wszystkich do obrony, skoro popełnia ona kardynalne błędy? Gdyby Lech był we właściwej formie, wykorzystałby to łatwo i zamknął mecz natychmiast po jego rozpoczęciu. Trudno mu było rozmontować nawet tak słabą defensywę. Wysokiej przewagi i nieustannego wykonywania rzutów rożnych nie przełożył na strzały. Brakowało ich przez cały mecz.

Jednak Lech ma wystarczająco dużo jakości, by chociaż kilka razy poważnie zagrozić rywalom. W pierwszej połowie było tak dwa razy, a w obu przypadkach akcje finalizował Ishak. Dwa celne strzały Kolejorza, dwa gole. Pierwszego zawdzięcza Miliciwi, który błyskotliwie wyprowadzając piłkę sprzed własnego pola karnego i mijając przeciwnika za przeciwnikiem napędził atak prawą stroną boiska. Marchwiński podał do Szweda, a ten z pierwszej piłki oddał płaski, skuteczny strzał. Gdy zbliżała się przerwa, kolejna akcja z kilkoma podaniami zakończyła się podaniem Velde do Ishaka, który wiedział, jak z bliska podwyższyć wynik.

ŁKS nie poddał się. O ile w pierwszej połowie prawie nie istniał, to w drugiej, po trzech zmianach, pokazał ciekawszą twarz, a przede wszystkim trafił na Lecha, który sprawiał wrażenie, że nie chce Łodzianom zlać skóry, woli wymieniać podania daleko od ich bramki, przedwcześnie ciesząc się z wygranego spotkania. Szybko to się zemściło, bo seria błędów i strat spowodowała, że w polu karnym zameldowało się kilku graczy ŁKS-u potrafiąc wykorzystać niezdarne próby wybicia piłki. Zrobiło się 2:1 i goście poczuli, że można wywieźć z Poznania jakąś zdobycz. Lech wciąż się mylił, grał nieporadnie w defensywie i do wyrównania brakowało niewiele. Wiadomo było, że tylko trzeci gol rozwiąże ten problem. Było o to trudno, bo Ba Loua marnował akcję po akcji, niewiele lepszy Velde też przegrywał dryblingi, a gdy był blisko zdobycia bramki, młodego bramkarza uratował ofiarnie interweniujący obrońca ŁKS.

Lech w tym sezonie gra słabiutko w obronie, nawet nisko notowani rywale strzelają mu gole. Atakowanie też idzie mu niesporo. Ratują go jednak wysokie umiejętności kilku graczy. Potrafił zamknął mecz fantastycznym golem, gdy nie byle jakimi umiejętnościami popisali się Kwekweskiri i Velde. Gruzin posłał dalekie podanie spod linii bocznej na drugą stronę pola karnego, a Norweg uderzył z powietrza trafiając pewnie obok bramkarza. Można było podtrzymać tradycję ostatnich domowych spotkań wygrywając 4:1, okazje były, wykorzystać się ich nie udało.

Udostępnij:

Podobne

Bezcenne zwycięstwo Warty

To był klasyczny mecz o sześć punktów. Warta mierzyła się z rywalem w walce o utrzymanie się w lidze – Koroną Kielce. Musiała walczyć w