Kto liczył, że w pierwszym letnim sparingu Lecha, przeciwko Chrobremu Głogów, zobaczy choćby namiastkę prawdziwej, ekstraklasowej drużyny, musiał się rozczarować. Wystąpiło tylko kilku piłkarzy pierwszego składu. Zawodnicy zespołu rezerw, bo to oni stanowili zdecydowaną większość, pokonali rywala 2:1 po golach Kamila Jakóbczyka i Tymoteusza Gmura. Emocje były tylko w ostatnich dziesięciu minutach.
W pierwszej połowie Lech zagrał w teoretycznie mocniejszym, ale i tak eksperymentalnym składzie: Krzysztof Bąkowski – Joel Pereira, Alex Douglas, Antonio Milić, Hubert Janyszka – Gisli Thordarson, Filip Jagiełło – Patrik Wålemark, Bartłomiej Barański, Eryk Śledziński – Bryan Fiabema.
Już po kilku pierwszych zagraniach było widać, że piłkarze mają za sobą ciężkie treningi. Brakowało dokładności, intensywności. Młodzi gracze, zwłaszcza Śledziński, postępowali tak, jakby chcieli zrobić na złość trenerowi: zwalniali akcje, czekali z piłką przy nodze, aż będzie do kogo zagrać. Chrobry był groźniejszy, Bąkowski zmuszony został kilkakrotnie do interwencji. Musiał odbić piłkę zmierzającą po strzale z dystansu pod poprzeczkę. Jedynym zawodnikiem, który poziomem zbliżył się do pierwszoligowca, był aktywny, szybko poruszający się na boisku Bartłomiej Barański. Niewiele pokazali gracze, na których można było liczyć najbardziej. Tłumaczy ich zmęczenie i upał.
Na drugą połowę Lech wyszedł w składzie jeszcze bardziej rezerwowym: Krzysztof Bąkowski – Robert Gumny, Wojciech Mońka, Hubert Janyszka (76. Bartosz Salamon), Elias Andersson – Patryk Prajsnar, Sammy Dudek – Eryk Śledziński, Tymoteusz Gmur, Kornel Lisman – Kamil Jakóbczyk.
Na boisku niewiele się działo, tysięczna widownia oklaskiwała tylko takie zagranie, jak wybicie piłki na aut, powstrzymanie ataku rywala, odbicie piłki przez jednego lub drugiego bramkarza. Nawet mający za sobą kilka lat gry w Bundeslidze Robert Gumny grał dyskretnie, podawał do najbliższych kolegów lub wycofywał piłkę, nie silił się na rajdy. Zmieniło się to 10 minut przed końcem, gdy poszedł do przodu, przekazał piłkę Jakóbczykowi, a ten z bliska pokonał bramkarza z Głogowa.
Ucieszyło to wynudzoną publiczność, ale przeżyła ona rozczarowanie, gdy dwie minuty przed końcem goście wyrównali, po zagapieniu się defensywy, zwłaszcza Anderssona. Jednak Lech nie powiedział ostatniego słowa. Wykonując rzut rożny krótko rozegrał piłkę, Gumny tym razem podał do Gmura, który po kilku zwodach uderzył lewą nogą podkręcając piłkę tak, że wpadła w samo okienko, poza zasięgiem bramkarza, niczym Ali Gholizadeh. Widzowie znów mogli się ucieszyć i opuścić stadion w dobrych nastrojach, bo krótko potem mecz się skończył.





