Nie trzeba już grać na trzech frontach. Puchar Polski nie dla Lecha

Widok Rudki w bramce i Pingota na obronie przypomniał paskudną letnią porę, gdy Lech przegrywał wszystkie mecze. Niestety, ukraiński bramkarz znów stał się zmorą. Zawiódł w najgorszym momencie, przez co będąc drużyną lepszą od Śląska Wrocław, tworzącą bez liku sytuacji bramkowych, Kolejorz dał mu się ograć 1:3. To druga porażka z ekipą Djurdjevicia w tym sezonie, ale tym razem oznacza to pożegnanie z Pucharem Polski już w pierwszym meczu.

Lech lepiej operował piłką, przeprowadzał składniejsze akcje ofensywne niż przeciwnik, ale co z tego, gdy ciągle zawodzi skuteczność. Śląsk nastawił się na żelazną obronę, lecz kiedy tylko pojawiała się okazja do zaatakowania, robił to dobrze. Wykorzystywał eksperymentalne ustawienie defensywy gospodarzy, tym razem nie z konieczności, ale na życzenie trenera, który przeszarżował ze zmianami w tej formacji. Nie dość, że Lech jest nieskuteczny, to jeszcze popełnił błędy w obronie.

Wynik trzeba było gonić prawie od początku, bo Śląskowi do wyjścia na prowadzenie wystarczył rzut wolny. Exposito wykorzystał źle ustawiony mur, posłał piłkę po ziemi tuż przy słupku i Rudko wyjął piłkę z siatki po raz pierwszy tego wieczoru. Lech osiągnął dużą przewagę. Stworzył wiele okazji bramkowych. Dwie zawalił Sobiech, który nie wiadomo w jakim celu znalazł się w składzie, i to na kluczowej pozycji. Lepiej było wystawić juniora. Otrzymał dwa podania, po których wystarczyło dołożyć nogę. Strzelał tak, że bramkarz Śląska nie miał żadnego problemu z obroną. Poruszał się ociężale, nie dawał drużynie absolutnie niczego.

Świetną okazję miał Velde, będąc przed pustą bramką spóźnił się ze strzałem i obrońca zdążył piłkę zablokować. Ostrzeliwanie bramki Śląska trwało przez cała pierwszą połowę, piłka krążyła wokół pola karnego i tylko raz znalazła drogę do siatki, gdy Periera świetnie dośrodkował, a Souza pięknie strzelił wyskakując w powietrze, w stylu karate. Dużo ryzykował, mógł trafić w bramkarza i wylecieć z boiska, ale się udało. Mecz zaczął się od początku, Lech nacierał i miał wszystko w rękach. Mógł wyjść na prowadzenie tuż po przerwie, po kolejnym doskonałym dośrodkowaniu Pereiry i strzale głową Citaiszwilego. Bramkarz zdołał zatrzymać piłkę. Wyróżniał się nie tylko interwencjami, ale ostentacyjnym kradzeniem sekund, i to od pierwszych minut.

Mecz zrobił się ciekawy, bo Śląsk nie tylko się obronił, ale i wykorzystywał wszystkie sposobności, by zaatakować. Po jego kontrach było groźnie, tym bardziej, że goście mieli bramkarza, a Lech Artura Rudkę, interweniującego nerwowo i niepewnie. Wtedy jednak można było jeszcze wierzyć, że Lech da radę strzelić zwycięską bramkę. Był przecież lepszy, dysponuje graczami o wyższych umiejętnościach. Niestety, wszystko przepadło, gdy po kolejnej kontrze gości po strzale z dystansu Rudko „wypluł” piłkę, a Yeboah kopnął ją do pustej bramki.

To nie koniec nieszczęść. Lech stracił Milicia, który nie mógł kontynuować gry po starciu z rywalem. Zastąpił go Satka. Nic nie dało wejście Ishaka, bo ataki były schematyczne, bez pomysłu. Nie dopisywało nawet szczęście, po strzale Velde piłka odbiła się od słupka. Śląsk skutecznie paraliżował poczynania ofensywne Kolejorza, wychodził też z kontrami. Po kolejnej strzelił trzeciego gola i było po zawodach. Niczego już nie mogła zmienić wyrzucenie z boiska obrońcy Bejgera za dwie żółte kartki. Lech już nie musi martwić się grą w Pucharze Polski, a kibice unikną kolejnego rozczarowania, gdyby udało się dojść do finału.

Udostępnij:

Podobne

Bezcenne zwycięstwo Warty

To był klasyczny mecz o sześć punktów. Warta mierzyła się z rywalem w walce o utrzymanie się w lidze – Koroną Kielce. Musiała walczyć w